STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / ZANIM ROZPĘTA SIĘ CZERWONY TERROR

Zanim rozpęta się czerwony terror



Kiedy przyglądam się rozdygotanej mowie i mimice liderek tzw „Strajku kobiet” nieodparcie – w pamięci – powracają twarze Gudrun Ensslin, Andreasa Baadera, Ulrike Meinhof czy Birgit Mohnhaupt. Ta sama histeria, niekontrolowane wybuchy agresji, przekleństwa i niedorzeczność postulatów. Te skojarzenia napawają jednak lekkim dreszczem, szaleństwo i zacietrzewienie są bowiem iskrą, która gdy spadnie na prochy potrafi spowodować niekontrolowany wybuch.


W historii już tak bywało, jednak teraz za nonszalanckimi pozami i pogróżkami pań typu Lempart stoją duże pieniądze, organizacja i wsparcie potężnych sił.

Rośnie nieprzewidywalne

Tym razem mój felieton będzie bardziej osobisty, albowiem spędziłem wiele lat na poznawaniu fali terroru z drugiej połowy dwudziestego wieku, rozmawiałem z byłymi terrorystami, z ofiarami ich działań i ludźmi, którzy wtedy ich ścigali.

Teraz – obserwując wydarzenia w polskich miastach – nie mogę pozbyć się natrętnego wrażenia, że to co wtedy nas ominęło, teraz wraca pod nieco zmienionymi sztandarami. Na razie trwa terror werbalny i szokowanie agresją haseł i wypowiedzi, ale – jeśli służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo tego nie zatrzymają – to może się skończyć bardzo szokująco.

Ten – podniecony nagłą popularnością wśród wulgarnej młodzieży – ruch jak powietrza potrzebuje ofiar. Decyzja Trybunału Konstytucyjnego jest tu tylko pretekstem do wywołania ogólnopolskiej fali terroru, do której lewicowi aktywiści przygotowywali się już od dawna.

Marighella i niemieckie srebrniki

Niemcy mają spore doświadczenie w przygotowywaniu miejskich rozruchów. Kiedy potomkowie brunatnej generacji dorośli i zaczęli być zbyt nasyceni narodził się ruch protestu przeciwko mieszczańskim rodzicom. Symbolami buntu, który z czasem przerodził się w falę terroru stali się Rudi Dutschke, Andreas Baader, Ulrike Meinhof i ….Joshka Fisher.

Co prawda pierwszymi nauczycielami dzisiejszych lewicowych polityków byli Mao Tse Tung i brazylijski komunista Carlos Marighella, to jednak doświadczenia związanie z trzema generacjami Rote Armee Fraction znakomicie rozbudowały ten arsenał. Ostatnio nastąpiła nawet wymiana niemieckiego ambasadora w Warszawie. Przyszedł wysoki oficer niemieckiej BND, być może to tylko przypadek, ale ta wymiana jest wysoce symboliczna. Różnica polega jedynie na tym, że pod koniec lat osiemdziesiątych buntem sterowały sowieckie pieniądze, przekazywane przez Stasi, a dziś nad wszystkim zdaje się wisieć cień federalnych służb bezpieczeństwa BND.

Marighella, nieudany rewolucjonista, jest autorem biblii lewackiego terroryzmu: „Podręcznika walki miejskiej”. Na jego wskazaniach wychowywał się nie tylko RAF, ale także „Czerwone Brygady”, Actione Directe a nawet irlandzka IRA. W czasie całej swojej działalności terroryści z RAF zamordowali 34 osoby a kilkaset innych ranili, a zaczęło się niewinnie od lewackiego bajdurzenia kilku narkomanów i degeneratów.

Spędziłem wiele godzin na rozmowach z resztkami po czerwonym terrorze. Astrid Proll – butna i oszalała z nienawiści do „faszystowskiego państwa”, Peter Juergen Bock – cyngiel „drugiego pokolenia”, na emeryturze udaje niewiniątko, kilku innych – mniej znanych. Wszystkich łączy ten sam – co u przywódczyń „Strajku kobiet” wulgarny język i poczucie misji.

Nic jednak nie bierze się znienacka, nie powstaje ex nihilo – także dzisiejsze bojówki „Strajku” formowały się przez całe lata. Jak twierdzi Marighella atakować należy wtedy gdy „sytuacja rewolucyjna” dojrzewa. Całe lewicowe pokolenie wychowane na pieniądzach płynących od George Sorosa i z wielu zagranicznych fundacji aż dyszało żądzą akcji. Jak kania dżdżu czekali więc na odpowiedni pretekst aby uderzyć. Te metody wypraktykowali już lewacy z berlińskiej Antify, od lat specjalizujący się w „koktajlach Mołotowa” (opowiadałem o nich w filmie z cyklu „Łowca smoków”, zrealizowanym tuz przed zamachem terrorystycznym w centrum niemieckiej stolicy, w którym zginął polski kierowca).

Dziś ta cała – wychodowana przez ponadnarodowe korporacje – zbieranina czeka na to co wydarzy się na polskich ulicach. Wystarczy jedna śmierć – jak studenta Benno Ohnesorga zabitego przez agenta Stasi Heinza Kurrasa w czasie wizyty szacha Iranu w Niemczech – aby piknikowe nastroje manifestantów zamieniły się w krwawe starcia.

Towarzyszka Lempart

Można złośliwie stwierdzić: jaki czas taka La Pasionaria. Czterdziestojednoletnia Marta Lempart uosabia wszystkie cechy jesiennej „rewolucji” a.d.2020. Jest wulgarna, butna i pewna swojej bezkarności. Otwarcie nawołuje do łamania przepisów i ma świadomość, ze nikt jej nic nie zrobi. Karierę na ulicy zaczęła w 2015 roku, kiedy zaangażowała się w akcje tzw Komitetu Obrony Demokracji. 3 października 2016 organizowała protest przeciwko zmianom w prawie o ochronie życia. Wtedy właśnie stanęła na czele Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i Międzynarodowego Strajku Kobiet. Teraz przyjęła pozę przywódczyni (spontanicznego niby) ruchu – anarchistycznych rozrób, w których najczęściej używanym słowem – kluczem jest „wypier….ć”. Podniecona nadzwyczajnym poparciem znudzonych przedłużającą się pandemią nastolatków naraz ryknęła: że żąda dymisji rządu, odejścia kierownictwa Trybunału Konstytucyjnego i zapowiedziała powołanie „Rady Konsultacyjnej”, która będzie działać jak „białoruska opozycja” i oczywiście przejmie władzę w Polsce.

Z postaci Lempart można się śmiać, ale emocje które świadomie rozpala mogą przynieść tragiczne owoce.

Jest bardzo wygodnym narzędziem z racji braku oporu przed stosowaniem najprostszych, najbardziej wulgarnych, metod, które jednak przemawiają do wyobraźni młodego, coraz bardziej zagubionego, pokolenia oraz…napędu każdej rewolty, lumpeninteligencji.

Część większej całości

Metody lewackiego terroryzmu pozostają niezmienne i zawsze opierają się na prowokacji i szukaniu momentu wzniecenia największych emocji. Jednak polskie burdy uliczne są jedynie częścią większej całości.

Zaczyna się od podburzenia grupy społecznej, która najbardziej jest wrażliwa na populistyczne hasła o „wolności, równości i braterstwie”. W Stanach Zjednoczonych zrewoltowano znaczną część czarnego lumpenproletariatu pod hasłem „Black Lives Matter” oczywiście natychmiast pojawili się przeszkoleni organizatorzy, którzy zapewnili „rewolucjonistom” świetna logistykę i kierownicze wsparcie. We Francji – poza islamskim terrorem – na ulice wywiedziono tzw „żółte kamizelki”. Pieniądze płyną wartkim nurtem na różne „warsztaty”, „szkolenia” i „obozy integracyjne”, na których selekcjonuje się ludzi i wyposaża w odpowiednie umiejętności. Przejęcie kontroli nad wieloma mediami, edukacją i kulturą skutkuje wychowaniem całego pokolenia myślącego nowym językiem i hołdującego specjalnie zaszczepionym wartościom.

Proces narasta przez lata i potem wystarczy małe zdarzenie – ot choćby śmierć czarnego przestępcy i narkomana, aby gromadzone przez długi czas opary eksplodowały.

Przy pełnej przychylności największych mediów społecznościowych sztucznie rozgrzewa się awanturę, w której – jej nastoletni uczestnicy – widzą dobrą zabawę i okazję do łamania reguł. Dorośli inspiratorzy pozostają w cieniu, a ich finansowi zawiadowcy spokojnie szykują się do działania w momencie, gdy nastąpią niekontrolowane zdarzenia i Polskę ogarnie fala chaosu. Tu działania są już precyzyjnie przemyślane.