STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / SITWA WSZECHMOCNA

Sitwa wszechmocna



czyli co gnębi realną Polskę


W niewielu językach jest tak wiele określeń na nieformalne układy lokalne jak w polskim. Sitwa, klika, szajka, kamaryla, układ, krewni i znajomi królika, rączka rączkę myje…to wszystko określenia mówiące o tym co niepokoi i o co wielu się potyka. Przekleństwem Polski lokalnej jest właśnie istnienie lokalnych sitw, które nieformalnie przejmują kontrolę nad najbliższym otoczeniem. Nie poradziły sobie z tym lokalne samorządy, nie poradził sobie rząd PiS. Czy zatem istnienie sitw jest nieodmiennie wpisane w nasz krajobraz?

Kiedy powstaje mafia?

Ludzki świat jest już tak skonstruowany że panuje w nim wiele niepisanych zasad, które współczesna socjologia mogłaby nazwać „regułami funkcjonalności”. I tak: gdy prawo staje się przeregulowane i zawiłe pewien poziom korupcji po prostu ułatwia życie. Na pewien poziom korupcji opinia społeczna godzi się w sposób niewypowiedziany. Rozsądek i prawo cudownie gdy idą w parze, gdy jednak się rozmijają rozsądek zaczyna przejawiać się właśnie w „regułach funkcjonalności”.

Podobnie rzecz ma się z organizacjami – a taką organizacja jest przecież i samo państwo. Kiedy centralna organizacja jest wydolna i sprawna margines dla powstawania nieformalnych układów staje się wąski, w istocie są one bowiem niepotrzebne.

W przeciwnym przypadku – w przypadku słabości i niezdarności państwa – jego rolę przejmują lokalne układy sterujące sprawniej, szybciej i w sposób, paradoksalnie, bardziej czytelny. Tak jest z mafiami funkcjonującymi na południu Włoch. Przejmują rolę lokalnych sterników, poborców podatkowych i załatwiaczy. Kiedy państwo abdykuje powstaje mafia.

Przyglądałem się tym strukturom robiąc reportaż o działaniach klanów N drahghetty w Kalabrii. Wielkim zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że przestępcze w istocie swej klany cieszą się nieformalnym poparciem lokalnych społeczności. Kiedy obywatel np. Sibari chce coś załatwić z państwem czeka go piekielna droga przez barykady biurokracji, kiedy jednak załatwia to z mafią dzieje się to szybciej i skuteczniej. Mafia – na swój kryminalny i przestępczy sposób – wyręcza niesprawne państwo w sprawowaniu władzy na swoim obszarze.

Polskie sitwy

Słowo „sitwa” ma ciekawy rodowód, swoje źródło ma bowiem w języku jidysz, gdzie brzmiało: „szitwes” i oznaczało grupę osób, które wzajemnie się popierały i zmierzały do osiągania własnych korzyści, często wbrew interesowi społecznemu.

Polska nigdy – na szczęście – nie dorobiła się własnej mafii. W pewnym momencie jej rolę spełniały postkomunistyczne służby specjalne, które zrzuciły kaganiec partii i postanowiły żerować na nagle prywatyzowanym państwie. Używały brutalnych gangów aby pod płaszczykiem nasilonej i nagłośnionej przez media przestępczości załatwiać swoje wielkie interesy. Mieliśmy więc – jak to określił Jarosław Sokołowski „Masa” – „mafię spod trzepaka” i doświadczonych oficerów, którzy dokładnie wiedzieli jakimi kartami grają.

Nie to jednak jest jedyną zmorą polskiego państwa, większą uciążliwością jest istnienie lokalnych sitw, które dokładnie oplotły samorządy i teraz kontrolują obieg pieniędzy, karier i usług na swoim terenie.

Studium przypadku

Przeprowadziłem kiedyś studium lokalne średniej wielkości miasteczka niedaleko Warszawy. Znajduje się w nim słynny ośrodek nauk rolniczych, nie ma to jednak żadnego wpływu na realne życie w miasteczku. Wielu mieszkańców dojeżdża do pracy w Warszawie, pozostali tkwią w ciasnym uścisku miejscowej sitwy. Miasteczkiem rządzi sprytny przedsiębiorca budowlany, którego jednak nie znajdzie się w żadnych oficjalnych strukturach. Przezornie założył w miasteczku koło PO i PiS. Ma znakomite stosunki z lokalnymi sędziami, policjantami i znaczniejszymi księżmi. W miasteczku głośno mówi się o tym, że burmistrz jest jedynie marionetką przedsiębiorcy a lokalne przetargi na wydatkowanie środków publicznych odbywają się zawsze w tym samym nieformalnym gronie. Nikt spoza układu nie jest w stanie wygrać przetargu na jakiekolwiek publiczne inwestycje. Przedsiębiorca być może nie jest przesadnie wykształcony, jest za to doświadczony „życiowo” i wie dobrze jak wzmacniać i rozszerzać swoje lokalne wpływy. To niewielkie miasteczko

Ale spójrzcie państwo na wielkie miasto jakim jest Kraków. Tu już nikt nawet nie kryje, że aby cokolwiek większego robić pod Wawelem należy znaleźć się w dobrych stosunkach z prezydentem Jackiem Majchrowskim i jego otoczeniem. Sędziwy już prezydent panuje w mieście od 2002 roku. Przychodził skromnie, ostrożnie, nie wiedział jak miasto przyjmie postkomunistę a dziś jest już prawdziwym szefem bardzo szerokiego, nieformalnego kręgu ludzi, którzy trzęsą miastem. Deweloperzy, wykonawcy publicznych inwestycji, urzędnicy i nieformalni „doradcy” stworzyli tak mocny krąg, że prezydent Majchrowski chcąc nie chcą musi uczestniczyć w kolejnych wyborach, aby poważne interesy nie zostały zachwiane. Miejska plotka niesie, że Majchrowski – nie chcą już więcej startować w wyborach – właśnie wyznaczył swojego następcę, w którego zainwestują przedsiębiorcy z jego kręgu…delfinem jest jego obecny pierwszy zastępca, który już zaczyna być lansowany na to stanowisko.

Jak szczelna jest w Krakowie pajęczyna „majchrowszczyzny” przekonali się kolejni konkurenci obecnego prezydenta w wyborach. Okazuje się, ze łatwiej zostać politykiem szczebla krajowego – vide Małgorzata Wassermann – niż wygrać w Krakowie z Majchrowskim. Ba, łatwiej zostać prezydentem Polski niż Krakowa o czym, na własnym grzbiecie, przekonał się Andrzej Duda. Z Majchrowskim przegrywali już i Ryszard Terlecki i Jan Maria Rokita. Interes jest tu bowiem dużo mocniejszym spoiwem niż ogólnopolskie podziały polityczne. W układzie wszyscy czują się swojsko i bezpiecznie są w nim więc zarówno lokalne „autorytety” jak też dziennikarze i ludzie kultury. W takim systemie wyłom dzieje się jedynie na skutek trzęsienia ziemi lub wkroczenia do gry wyjątkowo energicznej ekipy konkurencyjnej, co akurat pod Wawelem nie zdarzyło się od osiemnastu lat.

Nie ma lekarstwa?

Teoretycznie reforma samorządowa, dokonana przez rząd Jerzego Buzka, miała być właśnie antidotum na istnienie lokalnych sitw. Przez chwilę może i tak było, zanim przypadkowi (czytaj uczciwi) burmistrzowie i prezydenci nie zostali wyparci przez ludzi otoczonych lokalnymi układami i pieniędzmi. Jest np. taka gmina gdzie burmistrz jest finansowany przez właściciela sali bankietowej a później przez całą kadencję wszystkie gminne imprezy odbywają się właśnie w tej sali, tak aby właściciel mógł sobie skapitalizować swoją „inwestycję”.

Widoków na uproszczenie i zracjonalizowanie polskiego systemu prawnego raczej nie ma. Wkroczenie PiS do władzy miało być takim ożywczym powiewem, dziś jednak można stwierdzić, że lokalni bonzowie PiS bardzo szybko nauczyli się „zasad gry”. Przykład krakowskiej zażyłości pomiędzy byłym wojewodą ( z ramienia PiS) i prezydentem Jackiem Majchrowskim jest tu wręcz modelowy. Skoro więc nie „dobra zmiana” to kto może tu zrobić porządek? Może Centralne Biuro Śledcze? – wątpliwe, bo samorządowe afery nie są ani zbyt spektakularne ani tym bardziej nie sprzedają się dobrze w mediach. Dorwać lokalna sitwę w działaniu to zadanie wręcz niemożliwe do wykonania.

Jedynym lekarstwem na sitwy jest wzrost sprawności, powagi i siły państwa. Tak aby ludzie uwierzyli, że może ono skuteczniej niż sitwa zadbać o ich interesy. Brzmi to zgoła górnolotnie i niepoważnie, jednak konstruowanie systemu państwa musi – in statu nascendi – zakładać właśnie taki element sensu tej działalności.

Chcąc przezwyciężyć lokalnie sitwę trzeba działać cierpliwie, strategicznie i gromadzić wokół siebie ludzi, którzy gwarantują bardziej uczciwe myślenie i działanie. Czasami to się udaje, jednak przykładów nie jest – jak dotąd – zbyt wiele.