STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / SENS – ANTIDOTUM NA WSPÓŁCZESNY MARKSIZM

Sens – antidotum na współczesny marksizm



Jesteśmy tak skonstruowani, że nawet w najbardziej banalnych obserwacjach, faktach staramy się odnaleźć ich sens. Kwestia sensu jest jednym z najbardziej podstawowych dociekań jakim oddaje się ludzkość od swego zarania. Oczywiście ludzie wierzący stwierdzą, że sama potrzeba dostrzegania sensu jest swoistym – tomistycznym – dowodem na istnienie Boga. Bo przecież gdyby Bóg nie istniał nie istniała by w nas także ta studnia niezgłębiona jaką jest nieustanne zadawanie sobie pytania o konstrukcję rzeczywistości. Właśnie to niezaspokojone dążenie, swego rodzaju tęsknota, jest przejawem tego, że jesteśmy wszczepieni w nadprzyrodzony układ świata, którego nie jesteśmy w stanie pojąć do końca, ale same dociekanie czyni nasze działania sensownymi właśnie.


Pytanie o sens nie jest jednak właściwe jedynie ludziom mającym dar wiary. Sensu dociekają także agnostycy, a nawet zawodowi przeciwnicy Pana Boga. Sens jest czymś więcej niż jedynie pytaniem o cel, drogowskazem, planem działania wiodącym do osiągnięcia celu.

Skupiłem się nad sensem, choć przecież reporterowi nie są właściwe tego typu rozważania. Kiedy jednak robię film odruchowo przyłapuje się na tym, że sylwetki ludzi, ich wypowiedzi, sytuacje, których jestem – często nawet przypadkowym – świadkiem, układają mi się w całe sekwencje, a te z kolei wiodą do interesującej – często zaskakującej mnie samego – puenty.

Istnieje całkiem spora grupa ludzi, którzy nie widzą sensowności poza tym co jest wymierne i łatwo przeliczalne. Nawet oni jednak – skupieni z reguły na rachunkach ekonomicznych – usiłują nadać im sens przekraczający jedynie mechaniczne mnożenie dochodów i kreowanie nowych działań biznesowych. Im jednak też potrzebna jest porządkująca idea ogólna.

Na wielu spotkaniach zachęcam widzów i słuchaczy, aby – zanim posłuchają występujących przed nimi ludzi – zadawali im dwa proste pytania: z czego żyją? i do czego dążą? Jeśli w tym momencie padają jedynie gładkie ogólniki, to całą resztę należy poddawać drobiazgowej weryfikacji. Możemy mieć bowiem do czynienia z sytuacją, w której zamiast ciekawego wykładu, prelekcji, spotkania, mamy do czynienia jedynie z ordynarną indoktrynacją, propagandą, która sama sobie nie potrafi poradzić z pytaniem: co dalej?

Jednym z najpoważniejszych problemów, jaki stanął przed marksistami (tak określam współczesnych, biurokratycznych dominatorów instytucji europejskich oraz mędrków ze wschodniego wybrzeża USA), było właśnie pytanie o sens i to zarówno o jednostkowy sens życia, jak też o sens działania całej zbiorowości.

Nie poradzili sobie z tym do dziś. Ich odpowiedzi zawsze są mgławicowe i nacechowane propagandową treścią. Odkąd marksiści przyjęli, że nie należy szukać sensu w eschatologicznych wyżynach, pozostały im w rękach jedynie rojenia Zygmunta Freuda. Sens życia kryje się więc (według marksistów) w doznawaniu przyjemności i zaspokajaniu popędów. Nawet jednak w tak okrojonym świecie nie potrafili sobie poradzić, powodowali ciągłe niedobory, deficyt poczucia bezpieczeństwa i nieustanne napięcia w społeczeństwie. W efekcie doprowadzili do powszechnej frustracji.

Nie lepiej rzeczy mają się z kapitalistycznym konsumpcjonizmem. Musi on bowiem nieustannie wytwarzać nowe pragnienia, których zaspokajanie niesie chwilowe uśmierzanie genetycznego dążenia do zaspokojenia poczucia sensu. Prędzej czy później marksizm (oczywiście w swoich nowoczesnych mutacjach) musiał się spotkać z konsumpcjonizmem.

Powstała współczesna ideowa hybryda: nadbudowa marksistowska, baza konsumpcjonistyczna. Marksizm wolnorynkowy – to tylko z pozoru jest paradoks.

Od kiedy marksiści zrozumieli, że nie da się ludzi przekonywać za pomocą bagnetów, rozpoczął się okres złośliwej mutacji tej ideologii w kierunku spreparowania takiej formuły, w której ludzie sami będą hołdować ich ideom – ponieważ tak jest życiowo wygodniej. Naturalny konformizm i duchowe lenistwo stały się najważniejszymi sprzymierzeńcami nowych marksistów.

Cóż więc mówią nam dziś ideolodzy nowego kosmopolityzmu i materializmu?

Ano, że świat jest prosty i da się zmierzyć ekonomią. Życie społeczne jest jeszcze prostsze: powinna w nim funkcjonować demokracja, pojmowana jednak nie jako narzędzie, ale cel i ideał. Marksiści zresztą zawsze swoje ideały formułowali na poziomie społecznej inżynierii. Świat jest jak źle zrośnięta noga, jeżeli zatem na powrót ją złamiemy i „prawidłowo złożymy”, będzie idyllicznym miejscem równości, tolerancji i postępu.

Marksiści – ci współcześni magicznie odżegnujący się od marksistowskich definicji, jak diabeł od święconej wody – lubią stroić się w piórka obrońców czegokolwiek. Bronią „środowiska naturalnego”, „kobiet”, „dzieci”, „zwierząt”, bronią także wolności dla seksualnych dewiacji. Słowem bronią wszystkiego i wszystkich, za jednym wszakże wyjątkiem: w ich systemie nie ma miejsca dla chrześcijaństwa, a w szczególności dla religii katolickiej. Skąd taka zapiekłość?

Ta wrogość jest zupełnie naturalna. Katolicyzm jest religią, w której autentyczna wolność człowieka jest sprawą fundamentalną. Oni zaś najbardziej na świecie nienawidzą prawdziwej wolności. W imię jej tłumienia skłonni są pisać całe traktaty o „wolności” i „tolerancji”. Wolność to dla nich ciągle „uświadomiona konieczność” – oczywiście w tym wypadku uświadamiaczami są jedynie marksistowscy aktywiści, a „tolerancja” zakłada brak tolerancji, dla tych którzy tolerancjonizmowi mogą być przeciwni. W tych działaniach marksiści, neomarksiści, genderowcy, liberałowie pozostają nieodrodnymi dziećmi Karola Marksa.

Lud dla marksistów jest zbyt ciemny, aby można go było pozostawić samemu sobie, jego należy „uświadamiać”. To „uświadamianie” może przebiegać ekspresowo – za pomocą obozów reedeukacyjnych, albo też dłużej za pomocą „medialnej przemocy”. Marksizm jest tak płytki i intelektualnie mało pociągający, że jego aplikacji zawsze musi towarzyszyć przemoc. Skoro przemoc fizyczna nie przyniosła trwałych efektów, to należy zastosować dużo bardziej niebezpieczny rodzaj zniewalania – za pomocą kontroli nad przesyłem i interpretacją informacji. Jeżeli będziemy kontrolowali kulturę, szczególnie ten jej rodzaj, który masowo dociera do odbiorców, to tym samym będziemy panowali nad skojarzeniami, procesem wartościowania i wyciągania wniosków. Jednym słowem współczesny marksizm, przynajmniej od 1968 roku, poważnie zabrał się za wychowywanie człowieka od samej kołyski.

Stąd tez nasila się atak na rodzinę, rodzina stanowi jedno z najważniejszych ogniw oporu przeciwko marksizmowi.

Tymczasem życie przemija i nawet stworzenie sztucznych form jego podtrzymywania nie odpowie nam na pytanie o sens tego przemijania. Marksiści nie radzą sobie z tym problemem i starają się go przemilczeć, stad też w wytworach kultury popularnej, powstających w ośrodkach opanowanych przez nich, śmierć się po prostu eliminuje z kręgu przekazywanych treści. Zabobonne myślenie w stylu: jeżeli o czym nie będziemy mówili, to tego nie będzie! jest zwykłą magią i zaklinaniem świata. Zwróćcie uwagę na fakt, że jak gwiazda, celebryta się zestarzeje, to po prostu ląduje w jakiejś  pustce.

Czy jednak te przekazy niosą odpowiedź na pytanie o sens?