STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / NADYMIARZE

Nadymiarze



W czasach PRL – u wielu z nas funkcjonowało będąc określanymi mianem „zadymiarzy”. Samo słowo „zadyma” wzięło się stąd, że w miejscach gdzie ścieraliśmy się z komunistyczną milicją zwykle snuł się dym z gazu łzawiącego, którym ludzie Jaruzelskiego rozpraszali nielegalne – w ich mniemaniu – zgromadzenia. Ci, którzy tłukli się wtedy z milicja rychło wiec zyskali przydomek „zadymiarzy”, który z lubością wykorzystywał potem rzecznik komunorządu Jerzy Urban. Potem mianem „zadymiarzy” określano ludzi nie zgadzających się z szopką „okrągłego stołu” i działaczy Ligii Republikańskiej, którzy aktywnie występowali przeciwko rządom Millera i Kwaśniewskiego. Od „zadymiarzy” wyzywali nas wszyscy zwolennicy dogadywania się z komunistami – od Tadeusza Mazowieckiego, Bronisława Geremka i Adama Michnika począwszy…a na Jarosławie Gowinie skończywszy.


Zadymiarze – wiem co mówię

Pamiętam jak w jednym z wydań „Gazety Wyborczej” – był to okres pierwszej kampanii prezydenckiej Lecha Wałęsy – ukazał się sążnisty artykuł mówiący o „znanych zadymiarzach, którzy udawali ochroniarzy Wałęsy, a w rzeczywistości dążyli jedynie do bójek”. Prasowe dzieło „Wyborczej” okraszone zostało zdjęciem na którym nieco zbyt gwałtownie dyskutuję z liderem krakowskich anarchistów Markiem Kurzyńcem, któremu już wtedy Wałęsa się nie podobał. Niestety wielu z nas, niejako prosto z ulicy przeszło wówczas do orszaku Wałęsy, w którym upatrywaliśmy nadziei na przerwanie prokomunistycznej polityki rządu Tadeusza Mazowieckiego. Dziś brzmi to niezbyt chwalebnie i pewnie rewolucjoniści ostatnich chwili chcieliby nas z tego pryncypialnie rozliczać, ale cóż takie były czasy i taką mieliśmy młodość. Dziś dawną obelgę: „zadymiarze” noszę w klapie jak najlepsze odznaczenie, których zresztą żadnych nie posiadam i – mam nadzieję – posiadać nie będę. Jako stary „zadymiarz” wnikliwie przyglądam się więc wszelkiemu asortymentowi, który sypie się na ulicę aby walczyć z „kaczystowskim reżimem”. Porównuje swoje doświadczenia z tamtych lat z ich dzisiejszymi „cierpieniami”. Ikoniczne postaci tej dzisiejszej uliczności jak chociażby pan Diduszko pewnie nigdy nie czytali o Bogdanie Włosiku, czy Ryszardzie Smagurze. Włosika – podczas manifestacji w Nowej Hucie – zastrzelił esbek Andrzej Augustyn, Ryśka Smagura w 1983 roku zabiła, wystrzelona przez zomowca, petarda z gazem łzawiącym. Nie ma co się rozczulać, ale tamte czasy miały swoją temperaturę i walka nie była udawanym, rozmemłanym teatrzykiem, tylko realnie można było oberwać. Pamiętam jak pod Collegium Witkowskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego wypuszczona została pijana załoga ZOMO z Radomia. Strajkowaliśmy wtedy w geście solidarności z Nową Hutą, a pod oknami stała gromada ludzi w mundurach z bronią gotową do strzału. Oczywiście te zdarzenia nie maja żadnego nawiązania do tragedii prawdziwych antykomunistycznych powstańców, których męczono w ubeckich mordowniach. Po prostu każda epoka miała swoją walkę. Stąd też z taką uwagą przyglądam się dziś postaciom usiłującym porwać za sobą lud, wychodzącym na ulicę i dającym świadectwo swoim poglądom, sprzeciwowi wobec dzisiejszej władzy.

Klasyczna definicja prawdziwego „zadymiarza” bardziej dziś odnosi się do ludzi związanych z Adamem Słomką i Zygmuntem Miernikiem, którzy – w sobie właściwy sposób – starają się wymusić na polskich sądach sprawiedliwe wyroki. Ponoszą za to realne konsekwencje, przecież Zygmunt Miernik całkiem niedawno spędził kilka miesięcy w areszcie. Tymczasem ci, którzy dziś brylują – pod okiem tefauenowskich kamer – swoje męczeństwo mogą udokumentować….no właśnie czym? Kto ich prześladuje, kto ich poważnie ściga?

Pieczeniarze

W ciekawej rzeczywistości dzisiejszej Polski powstała spora grupa ludzi, którzy przyzwyczaili się do czerpania garściami pożytków z pozostawania przy władzy i najbliższych jej kręgach. Zadekretowani przez „okrągły stół” uczestnicy elity – celebryci, aktorzy, politycy przyzwyczajeni do błysku fleszy i łaszenia się dziennikarzy. Przez prawie trzydzieści lat istnienia Republiki Okrągłego Stołu ludzie ci mieli jedynie przyjemne zadania. Naraz – po 2015 roku – ktoś raczej delikatnie i flegmatycznie zaczął ich sprowadzać na ziemię, do ich właściwego rozmiaru. Odebrali to oczywiście jako wielką uzurpację i krzywdę. Mają wielki żal do Polaków, że ośmielili się wzruszyć fundament kanonicznych umów pomiędzy Kiszczakiem i Geremkiem. Istotnym przejawem buntu tych pieczeniarzy Trzeciej RP i jednocześnie zapowiedzią scenariusza kolejnych działań był tzw „Pucz Lemingów”, który miał miejsce tuż pod koniec 2016 roku. Operetkowa entourage i scenariusz jakby żywcem wywiedziony z powieści dla wchodzących w życie nastolatek miał wstrząsnąć polską rzeczywistością. Jak jednak mogli działać ci, których wypieścił system postpeerelu? Czy mieli jakiekolwiek doświadczenia w realnej walce? Nie, bo niby skąd? Przeciez dotychczas wszystko szło im jak po maśle, a tu nagle zabawki zostały zabrane. Naiwna wiara w to, że jak znani tupną nóżkami, to świat zadrży sprawiła że koryfeusze owego pluszowego „puczu” do dziś budzą rozbawienie i politowanie. Świat nie zadrżał, ba – pomimo zagrzewania do boju przez samego „króla Europy” Donalda Tuska i emerytowanego generała Marka Dukaczewskiego nikt nie doznał wstrząsu, nikt nie pospieszył na odsiecz „oblężonym” w polskim parlamencie komediantom. Okazuje się bowiem, że polscy celebryci (zarówno polityczni, jak i dziennikarscy czy aktorscy) są znani do momentu, gdy ostatni raz pomachają odprowadzającej ich gawiedzi w hali odlotów lotniska na Okęciu. Potem – o ile jest to samolot PLL LOT – są już sprowadzeni do poziomu półcelebrytów, aby po opuszczeniu pokładu samolotu w jakimkolwiek zagranicznym porcie lotniczym, stać się jedynie anonimowymi mróweczkami, których nikt nie ma zamiaru ani słuchać, ani tym bardziej wynosić pod niebiosa. Te smutne doświadczenia usiłują potem odreagowywać powracając z „gościnnych występów”. Niestety poziom pieczeniarstwa w Polsce nieustannie się obniża. Kiedyś można było z nimi jeszcze nawiązać jaką taką dyskusję, dziś budzą już wzruszenie ramion a nawet lekką trwogę. Przy nich przecież fredrowski Papkin mógłby być instruktorem męstwa i powagi.

Nadymiarze

Niepostrzeżenie – chyba także dla samych pieczeniarzy – w Polsce wyrosła grupa zawodowych mieszaczy, którzy przenoszą się z miejsca na miejsce, aby wywoływać zamieszanie i sprawiać wrażenie, że „naród” coraz mocniej się burzy wobec panującej obecnie straszliwej dyktatury. Zaczęło się od Komitetu Obrony Demokracji, na czele którego stanął Mateusz Kijowski, człek niespodziewanie – jak na to środowisko – zdeterminowany. Rychło jednak okazało się, ze płomienny Prometeusz polskiej demokracji swą determinację czerpie raczej z ucieczki przed płaceniem alimentów i z gorączkowego poszukiwania pieniędzy do własnej kieszeni. Chwilę trwało ujadanie, że jak nasz to nie imają się go oskarżenia od tak trywialne postępki, długo jednak takiej improwizacji nie dało się podtrzymywać i upadek Kijowskiego był tyleż niesmaczny, co i mało spektakularny. Wraz z nim zbladł inny lider KOD, któremu zarzucono prozaiczne stręczycielstwo jako metodę zarobkowania. Pierwszy impet ludzi, których możemy dziś nazwać nadymiarzami, zgasł. Sztandar poderwał oczywiście niezmordowany Lech Wałęsa, ale jego występy kiedyś pewnie doczekają się odrębnej, utrzymanej we właściwych proporcjach do oryginału „Monachomachii”.

Gdy przychodzi wiosna każde bajorko przeżywa swoistą rewolucję. Jej przyczyną są ropuchy. One nie skaczą jak żaby, tylko mozolnie kroczą na swoich chropawych łapach. Na wiosnę właśnie ropuchy stają się zaborcze. Pożerają wszystko co popadnie im pod paszcze. Kiedy jednak nadchodzi niebezpieczeństwo ropucha staje na tylnych łapach, prostuje się i nadyma jak balon. Tym sposobem staje się bardziej okazała i wizualnie wzbudza respekt. Wystarczy jednak szybko przekłuć ten straszący balon i ropucha wraca do swoich rzeczywistych potencji.

Darujcie ten płazologiczny wtręt, ale był on konieczny dla wyjaśnienia skąd wziął się termin, którym nazwałem działania i postaci dzisiejszych opozycjonistów ulicznych. Ustanowili bowiem zgraną trupę komediowo – tragiczną, która osmotycznie uzupełnia się z wędrującym cyrkiem wyznawców kościoła LGBT. Ropuchy mają jeszcze i tą cechę, że wiosną rozpoczynają wędrówki, istotną obserwajcą jest także fakt, że samce często podróżują na grzbietach samic, co w odniesieniu do polskich nadymiarzy d.d. 2019 także tłumaczy rolę niewiast takich jak pani Diduszko, słynna „Ruda” czy Joanna Scheiring Wielgus. Po prostu w nadymiarstwie prym wiodą białogłowy, szczególnie te które dawno już utraciły nadzieję na bardziej romantyczne wzruszenia. Obok Wałęsy, to właśnie polskie nadymiarskie Passionarie prowadzą czarnokabaretowy korowód. Z zadziwiającą energią przemieszczają się pomiędzy Białymstokiem, Wrocławiem czy Poznaniem, ze szczególnym jednak umiłowaniem Warszawski, w której bajoro rozlewa się od Włoch, poprzez Bródno, Ochotę aż po Targówek o lemingozowym Śródmieściu i Wilanowie już nie wspominając. To Warszawa właśnie jest naturalnym siedliskiem dzisiejszych nadymów i nadymek. Tu lęgną się najbardziej jadowite (w intencjach inicjatorów) i komiczne ( w praktycznym wykonaniu) strategie „buntu”. Zatem symbolem tego „spontanicznego” (o tym poniżej) „ruchu” powinna zostać nadęta ropucha z kropidłem (ci którzy przebywali w aresztach wiedzą że nie mówię o przedmiocie liturgicznym) wzniesionym ponad głową.

Osobny problem do rozstrzygnięcia to pytanie o energię i środki, które napędzają ów „spontaniczny” ruch. Czy aby stanowią go jedynie składki członkowskie najbardziej rozparzonych członków antypisowskiej dewocji, czy też stoją za tym ruble, deutscheeuro i sorosodolary?

Tego problemu bez udziału właściwych organów nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć. Jednak pytać trzeba, szczególnie obserwując aktywność ciągle tej samej, objazdowej czeredy. Istotnym zagrożeniem płynącym z działalności tych ludzi jest nieustanne dążenie do konfrontacji, która mogłaby się przerodzić w gwałtowne i niekontrolowane starcie. Im dłużej jednak działają, tym bardziej widać, że rachuby na wykreowanie opozycyjnego męczennika coraz bardziej się oddalają.

Jak wynika z tej powierzchownej i nieco frywolnej analizy zagrożenia dla dzisiejszego rządu tkwią w zupełnie innych mechanizmach niż hałaśliwa, ale coraz bardziej kabaretowa opozycja uliczna.

Czy rząd może obalić się sam?

A teraz już bardziej poważnie. Moim zdaniem najpoważniejsze zagrożenia dla opcji sprawującej dziś rządy w Polsce tkwią w niej samej. Na pewno sporym zagrożeniem są tarcia pomiędzy frakcjami w obozie władzy. Niepewnym elementem komponującym dziś obóz rządowy jest stronnictwo Jarosława Gowina, poprzez które do obozu „dobrej zmiany” przenika coraz więcej osób związanych kiedyś z koalicją Platforma Obywatelska – Polskie Stronnictwo Ludowe. Zbyt duży desant sił starego układu może po prostu wzmóc napięcia wewnętrzne i doprowadzić do poważnego kryzysu. Nie od dziś wiadomo także, że istnieje spore napięcie pomiędzy kilkoma ministrami właśnie powołanego rządu premiera Mateusza Morawieckiego.

Na te wszystkie problemy nakłada się sytuacja międzynarodowa i zbliżające się wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Od ich rezultatu zależeć będzie także poparcie rządu PiS na arenie międzynarodowej. Nie ma co ukrywać, że dojście do władzy w Waszyngtonie ludzi otaczających dotąd Hilary Clinton na pewno nie pogłębi sojuszu pomiędzy USA i Polską, co więcej może zintensyfikować nad Wisłą działania rozmaitych grup i fundacji kojarzonych z George Sorosem.

Można zatem stwierdzić: rząd odniesie sukces jeśli nie zaszkodzi sobie sam i jeżeli nie zmienią się wiatry międzynarodowej polityki. Z opozycją – nawet wspierana zza granicy – powinien sobie poradzić.