STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / NA PRZYKŁAD STERCZEWSKI

Na przykład Sterczewski



Kim dziś jest człowiek określany mianem: polityk? Niewielki procent tej populacji to ludzie mający ambicje realizowania własnych idei i wizji, jeszcze mniej bywa wśród nich wizjonerów i postaci charyzmatycznych, większość to – jak zawsze – zwykli oportuniści i karierowicze podszyci pr – ową hipokryzją.


Wraz z rosnącym wpływem mediów i szybkością ich reakcji profesja polityka zaczęła się mocno zmieniać ewoluując w kierunku skrzyżowania happenera z artystą cyrkowym. Media, a zwłaszcza tzw social media sprawiły, że szansę załapania się na polityczny żywot (cokolwiek by to nie znaczyło) otrzymali ludzie przyciągający – czymkolwiek – uwagę innych. Wśród klasy politycznej pojawiło się zatem więcej clownów, często bardzo nieśmiesznych oraz pospolitych głupoli, którzy nie potrafią zdać sobie sprawy z własnej kompromitacji, niż figur poważnych i zapewniających bliźnim bezpieczeństwo. Pojęcie kompromitacja – samo w sobie – stało się czymś z lamusa. Wraz z opadaniem poziomu wymagań (inteligencji) publiczności karierę poczęły robić przeróżne dziwadła.

Ostatnio zauważyłem nawet, że prawdziwymi figurami – często przyciągającymi uwagę mediów – stali się polityczni patostreamerzy. To specjalna kategoria wydurniających się ludzi, którzy udając że zajmują się sprawami politycznymi, w rzeczywistości grają na najniższych strunach i jedyną ich troską stało się stałe istnienie w polu uwagi najmniej wymagających wyborców.

Im bardziej dziwaczne wybryki towarzyszą takiej postaci, tym mocniej jej nazwisko staje się wryte w pamięć żądnej sensacji gawiedzi. Nieważne, że każdej takiej akcji towarzyszy autokompromitacja, tu istotne jest nagłaśnianie nazwiska, które gwarantuje głosy żądnego sensacji tłumu. Przykładem takiej maniery jest niejaki Franciszek Sterczewski, człek który żadnej głupoty się nie boi. Młodzieniec o powierzchowności podmiejskiego głuptasa, paradujący w trampkach i czyniący z polskiego parlamentu przytułek dla mniej rozgarniętych, ten przypadkowy poseł uznał, że nieważna jest treść ekscesu, ważne aby gawiedź mogła go sobie dobrze zapamiętać. Pan Sterczewski postanowił na stałe zacumować w polityce jednak jedyne co potrafi to mało śmieszne wygłupy i powtarzanie ideologicznie wyeksploatowanych bzdur. Sytuując się wokół lewicy zadanie ma oczywiście bardzo ułatwione.

Chamowaty gamoń, nie napotkawszy większego oporu, jął sondować głębokość publicznej tolerancji na głupotę i bezwstyd. Dumnie wystąpił przed ogólnopolską publiką kicając z foliową siatką nad polsko – białoruska granicą. Jego ucieczki przed strażnikami granicznymi i niezdarne wywrotki obudziły spore zainteresowanie. Pretekstem do nich były oczywiście bałamutne hasła o pomocy migrantom, idę jednak o zakład że Sterczewski nigdy nie miał pojęcia ani o zjawisku uchodźców ani też o jakichkolwiek poważnych dyskusjach politycznych nad tą sprawę. Ot postanowił zrobić coś czego nie wypadało wykonać komuś mocniej intelektualnie wyposażonemu. I podobnie jak patostreamerzy czyniący widowiska ze swoich wymiotów, czy też innych czynności fizjologicznych, pan Sterczewski z dumą błaźnił się przed publicznością udając, że jest zajęty „czynnościami parlamentarnymi”. Obok Kaudii Jachiry i pań będących sierotami po Ryszardzie Petru stanowi jednak zupełnie nową jakość w naszym niemrawym parlamentaryzmie. Od działalności takich osób wiedzie już prosta droga do „polityków” załatwiających publicznie swoje potrzeby fizjologiczne (w Szwecji już znaczący krok w tym kierunku uczyniła pewna lewicowa deputowana), czkających i obcesowo psujących powietrze.

Jeśli zatem uważacie państwo, że ostatnia przygoda pana Sterczewskiego podetnie mu polityczne skrzydła, to muszę was rozczarować. W tych czasach skandale politykom raczej przestały już szkodzić. Wręcz przeciwnie, tacy jak Sterczewski uczynili z nich swój znak rozpoznawczy. Tak więc złapanie posła Sterczewskiego na jeździe pod wpływem alkoholu samo w sobie nie stanowi dla niego powodu do kajania się i zmartwienia. Karierę podciąć mu może coś zupełnie innego. W czasie policyjnej kontroli, gdy podejrzanie manewrował swoim rowerem, zamiast kolejnego happeningu zachował się jak klasyczny pierdołowaty poseł przyłapany na gorącym uczynku. Odmówił poddania się badaniu alkomatem i po prostu zasłonił się poselskim immunitetem. Zamiast zachować się w sposób nieprzewidywalny i oddać się kolejnemu patoposelskiemu natchnieniu stracił rezon i okazał się zwykłym tchórzem.

Nie tego oczekują wielbiciele od postaci uprawiających patopolitykę. Co prawda po jakimś czasie wyraził skruchę i usiłował jakoś poprawić swój wizerunek, to jednak nadal skorzystał z arsenału polityków, którzy niezdarnie tuszują swoje wpadki. Taka niekonsekwencja jednak psuje wizerunek i z hasającego po nadgranicznej łące pasikonika wylazł zwykły hipokryta. To może być wobec niego pocałunek nicości, który wymierzyła mu jego własna natura.