STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / MĘŻCZYZNA

Mężczyzna



Najtrudniej jest być sędzią we własnej sprawie, wszak każdy facet uważa się za prawdziwego mężczyznę i jak tu rozsądzać kto jest kim, zwłaszcza w epoce gdy modne są brody a la drwal, spodnie „rurki” i damskie płaszczyki, spod których wyłażą owłosione (jeszcze) łydki?


Rzecz jednak nie w modowych krotochwilach i sezonowych maniach. Tu idzie o sprawy poważne, kto wie czy nawet nie o przetrwanie cywilizacji, która właśnie trzeszczy i chyli się poważnie.

Bez mężczyzn tej cywilizacji po prostu nie będzie.

Nie idzie mi tu wcale o upozowanych buntowników, rodem z Hollywood, ucieleśniających mity o niezłomnych i nie do zdarcia wojownikach, twardzielach. Utarli oni bowiem pewien złudny archetyp: mężczyzna musi być efektowny, rzucać się w oczy, skłaniać do podziwu nad swoim wyglądem i siłą fizyczną. To niestety stereotypy pop kultury, która niepostrzeżenie zaczęła nam zastępować korzenne refleksje nad tym co jest naprawdę istotne.

Bohaterem kina jest bardziej łotr i bezwzględny acz skuteczny – jak niemiecki proszek do prania – bohater, który ze swoich wad i grzechów czyni image zawadiaki i tzw „dobrego łotra”.

Niewielu autorów się nad tym poważnie zastanawia, większość boi się bowiem krytycznego jazgotu, bo zaraz zostanie posądzona o kompleksy „okularnika”, który w skrytości ducha zazdrości umięśnionym i skutecznym – jako maszynki do mięsa – herosom i z tejże jadowitej zazdrości syczy krytycznie.

Sam unikałem tego typu refleksji – boć i niewygodne to i trudne do precyzyjnego wyrażenia. Unikałem aż pewna stuprocentowa niewiasta zastrzeliła mnie drastycznie mocnym i prostym zdaniem:

Prawdziwy mężczyzna nie grzeszy!

Jakież to de mode, prawda? Jak to nie grzeszy?! A cała plejada „szlachetnych gangsterów”, rewolwerowców i usidlonych już w nieznośnych schematach niepokornych wojowników, to gips?!

To taki James Bond nie jest wzorcem z Sevres męskości?

No według tej myśli po prostu…nie jest.

Uwielbiam serię przygód Agenta 007, w ogóle lubię oglądać w kinie takie historie, ale to rozrywka, która niewiele ma wspólnego z codziennym życiem.

Prawdziwy mężczyzna nie jest świętoszkiem, bo ten wiele (kto wie czy nie wszystko) czyni na pokaz. Nie jest też bigotem ani roztrzęsionym mazgajem.

Mężczyzna to po prostu ktoś na kogo można liczyć, kto ceni swoje słowo – a więc niewiele mówi, ale jak już coś powie…to jakby wiązał cementem cegłę z cegłą.

Taki ktoś ma jasne spojrzenie, nie stroi min, nie wymachuje rękami. Po prostu jest i to wystarczy, aby wielu właśnie u niego – z czasem – szukało pomocy, rady, wsparcia.

Mężczyzna sam płaci za wszystko co zrobi, nie szuka usprawiedliwień i ucieczki od odpowiedzialności. Jest sprawiedliwy, często ciepły, nie plotkuje, nie obmawia, nie zazdrości nie folguje łatwym ucieczkom od konieczności.

Nasza dama powiedziała, w swojej najbardziej radykalnej z możliwych, wersji:

Prawdziwy mężczyzna nigdy (!) nie grzeszy!

Przyznam, ze zastanawiając się nad tym zdaniem oddaliły się ode mnie i samozadowolenie i dobre samopoczucie – o miłości własnej nie mówiąc.

Prawdziwy mężczyzna może być skromnie ubrany, może nie mieć imponujących „warunków fizycznych”, wypchanej kieszeni, ba…może nawet być skromny i pokorny.

Po chwili zrozumiałem, że w zasadzie taką definicję spełnić może tylko Jezus Chrystus!

Na pierwszy rzut oka brzmi to zgoła obrazoburczo. Jak to Jezus był mężczyzną? A kim był w swoim ludzkim wcieleniu?

Jeżeli Jezus stałby się wzorcem dla współczesnego mężczyzny, to ileż myśli i poglądów musielibyśmy przewartościować, zacząć od nowa?

Zdaje sobie że napiąłem teraz do granic wytrzymałość teologów wszelkich, ale czy czasem nie warto spojrzeć na rzecz właśnie z takiej strony?