STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / LEKARZE

Lekarze



Wiem kiedy lekarz jest kompetentny i mogę bez wahania oddać w jego ręce swoje zdrowie. Można to poznać po pierwszych minutach kontaktu z takim medykiem.


Wielu z was zaciekawi ta diagnoza ze strony pacjenta. Więc wybaczcie ale zanurzę się w nieco banalny (z punktu widzenia mojego pokolenia) wywód.

Tak więc ten mój prawdziwy lekarz poprosi abym usiadł i zapyta mnie czym się zajmuje i gdzie żyje, potem zahaczy o moich rodziców sprytnie dowiadując się czy na coś chorowali i jakie dolegliwości były dla nich największym utrapieniem.

W tym momencie pacjent nowej epoki zacznie się już niecierpliwie wiercić. Nie zrozumie tego prawdopodobnie nikt z moich rówieśników. No, ale tak już teraz jest.

Chętnie utnę sobie jeszcze pogawędkę z lekarzem o ewentualnych nałogach i wysypianiu się. Wtedy niespiesznie medicus zapyta: z czym pan do mnie przychodzi, co panu teraz dolega?

Tu trochę się poskarżę a on nie będzie mi przerywał, dopyta jedynie jak i co jadam i czy byłem w tym roku na solidnym urlopie. Potem uważnie przyjrzy się mojej twarzy i dopiero przystąpi do badania.

Co pan opowiadasz? – żachnie się już pacjent współczesny. – Tu tyle jest do zrobienia a wy sobie ucinacie pogwarki jak u cioci na imieninach?

Dodam, że w tym czasie medyk ani razu nie zajrzy do komputera, tylko uważnie mnie wysłucha, coś tam sobie pomyśli i ostatecznie wyśle mnie na kilkudniowy urlop podając mi pustą receptę.

Niech pan obowiązkowo wypocznie, zrobi sobie kąpiel z solą i posłucha dobrej muzyki – zabrzmi jego recepta realna.

A diagnoza?! – nieomal już zawyje pacjent współczesny.

Jak się nic nie poprawi proszę do mnie przyjść za kilka dni, ale wcześniej ograniczy pan spożycie cukru i słodyczy i koniecznie zrezygnuje pan ze spożywczych zakupów w supermarkecie – zaordynuje mi lekarz na odchodne.

Diagnozy nie usłyszę, ale po kilku dniach – stosując zalecone mi praktyki i bardziej kontrolując to co jem i jak śpię – prawdopodobnie odczuję znaczną ulgę.

Starsi lekarze – czytając to wszystko – westchną jedynie ze znudzeniem, oni przez większość swej praktyki przecież poznawali swoich podopiecznych tylko po to aby potem bezbłędnie aplikować kuracje całym rodzinom. Młodsi pukną się w czoło: oj reaktor coś mocno odpłynął, kto dziś ma czas na takie czary? Trzeba mieć przerób a na dodatek przedstawiciele koncernów farmaceutycznych, którzy fundowali nam miłe wyjazdy i „sympozja” wpadną niebawem do gabinetu aby porozmawiać o ilości produkowanych przez ich koncerny leków, które wypisaliśmy. Wiadomo, że takie puste recepty nie rokują nadziei na kolejne miłe wyjazdy i „szkolenia”. W tym czasie przecież nasi koledzy nie próżnowali. Na dodatek może być kontrola z ministerstwa zdrowia albo NFZ – tu i natychmiast wykryją, że lekarz ociąga się ze stosowaniem zalecanych procedur i nie wypisuje koniecznych – w przeziębieniu, kaszlu, nerwobólach lub nawet bólach urojonych – farmaceutyków. Będzie nagana a może nawet wezwą takiego delikwenta przed Okręgową Izbę Lekarską, gdzie będzie musiał się tłumaczyć z małej efektywności farmakoterapii, które stosuje. Leczenie słowem, podejmowanie prób zrozumienia sytuacji pacjenta to przeżytki, z których współczesna medycyna dawno już na dobre wyrosła.

Tęsknie za lekarzami, którzy pracowali jak specyficzni detektywi – wykrywali prawdziwe źródła naszych chorób, starali się uchwycić istotne przyczyny przez które nasze zdrowie zaczynało szwankować. Oj komu z Państwa zdarzył się ostatnio medyk, który potrafił korzystać z ziół, odpowiednich ćwiczeń czy choćby dobrze dobranych suplementów diety. Dziś nawet trudno trafić na takiego, którego interesuje związek pomiędzy tym co zjadamy a naszym samopoczuciem. Owładnięci wytycznymi ministerstwa i schematami leczenia wszystkiego mają w swoich gabinetach powódź ulotek produkowanych przez wielkie farmaceutyczne koncerny.

A lekarz potrzebny jest tyleż duszy co i ciału.