STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / HOLLAND ALBO „DYLEMAT GOLIBRODY”

Holland albo „dylemat golibrody”



Polska polityka stoi dziś przed „dylematem golibrody”. Przypomnę: golibroda goli tych, którzy nie golą się sami i nie goli tych, którzy sami golą swoje brody. Jak zatem ma się sam ogolić?


Przekładając ten odwieczny dylemat (z cyklu paradoksów pozornie osaczających Pana Boga) na język polskiej polityki anno domini 2023 można tak postawić, pozornie nierozwiązywalny, dylemat: prawicowy polityk teoretycznie powinien obniżać podatki i ograniczać obecność państwa w polityce, jednak aby sprawować władzę musi uprawiać socjalistyczne rozdawnictwo skutkujące podnoszeniem podatków i wkraczaniem państwa w jak najwięcej sfer życia gospodarczego. Chcąc więc być prawicowym polityk polski musi dziś realizować lewicowy – w praktyce – sposób rządzenia. Kolejnym paradoksem – tym razem historycznym – jest fakt, że do NATO wchodziliśmy w czasie, gdy w Polsce panowali politycy powiązani z dawnym Związkiem Sowieckim a najbardziej liberalną politykę gospodarczą prowadziła – jak dotąd – postkomunistyczna ekipa polityczna. Jakimś wytłumaczeniem dla tego stanu rzeczy jest fakt, że dawni postkomuniści, siłą rzeczy, reprezentowali swoich mocodawców, którzy świeżo zamienili partyjne legitymacje na książeczki czekowe i byli czołową grupą finansową w powstającym polskim kapitalizmie. Postkomuniści musieli więc działać w interesie swoich mocodawców, którzy – w tym czasie – z ideowych marksistów zmienili się w ludzi działających na rynku finansowym i operujących ogromnymi środkami zyskanymi po spieniężeniu wielu przedsiębiorstw będących niegdyś publiczna własnością całego państwa. Złodziejska prywatyzacja przyniosła więc klasę złodziei – pierwszych kapitalistów Trzeciej Rzeczypospolitej.
Podobnie rzecz ma się z kulturą – dziś chcąc odnosić sukcesy w polskiej kinematografii należy schlebiać najbardziej postkomunistycznym i antypolskim środowiskom pobierając przy tym środki finansowe przydzielane przez ministra deklarującego wyznawanie jak najbardziej patriotycznych i propolskich poglądów. Nie jest dziś żadna tajemnicą, że współczesne środowisko filmowe, kiedyś rojące się od współpracowników komunistycznych służb specjalnych i naszpikowane komunistycznymi propagandystami. Polską kinematografią trzęsie po prostu córka pułkownika Hollanda – Agnieszka Holland i jej licznie rozgałęziona familia. To właśnie ta klika ma do dziś decydujący wpływ na przyznawanie publicznych środków na produkcje filmowe. Niestety nikt, kto ideologicznie nie pokłoni się przed Holland i jej córką nie może liczyć na dopuszczenie do ogromnych środków przeznaczonych na produkcję kinematograficzną. Kupowani są też wpływowi krytycy i tzw „ludzie z branży”, tak więc produkcja filmowa w Polsce została praktycznie zmonopolizowana przez dwór dyszącej nienawiścią do polskości reżyserki, która oczywiście jest obsypywana nagrodami przez niechętne Polsce acz wpływowe lobby międzynarodowe. Dylemant golibrody w tym wypadku polega na tym, że środki przeznaczane na polską produkcję filmową służą antypolskiej propagandzie, a chcąc zrobić uczciwy film historyczny lub poważny film o współczesności trzeba napełnić go antypolskimi manipulacjami. „Golibroda” Agnieszka Holland zrobiła jednak wielką przysługę polskiej kulturze – tak obrosła w piórka, że postanowiła zupełnie otwarcie wystąpić przeciwko demokratycznie wybranym władzom naszego państwa. Przygotowanie agitacyjnego filmu „Zielona Granica” stanowi wyzwanie, wobec którego ani ministerstwo kultury ani żaden resort mundurowy nie może pozostać obojętny. Holland – w swojej pysze – uznała, że jej film będzie przełomowy dla nastrojów w Polsce tuż przed wyborami parlamentarnymi. Reżyserka żyje jednak w tak odrealnionymi świecie, ze nie zauważyła fali oburzenia jaką wywołała już sama realizacja tego wykoncypowanego z ideologicznego sufitu filmu. Kilka dni temu uczestniczyłem w licznej manifestacji przeciwko przedpremierowemu pokazowi „Zielonej granicy”. Brali w niej udział zwykli obywatele, którzy uznali że bezczelność Agnieszki Holland sięga już zbyt daleko. Przeciwko manifestującym zgromadziły się dziwnie wyglądające niewiasty i ludzie zachowujący się jak najgorsza miejska hołota. Piszę to na podstawie własnych obserwacji a nie relacji ex refero. Sam zresztą byłem atakowany przez typa o wyglądzie łysego gangstera, którego słownik nie zawierał więcej niż kilkuset słów. Był nieco zdziwiony gdy nie wykazałem przed nim bojaźni, bowiem wcześniej udało mu się zahukać kilku emerytów, którzy przyszli oburzeni nową akcja Holland.
Być może właśnie starcie wokół „Zielonej granicy” pozwoli wreszcie odkomunizować kręgi, które mają decydujący wpływ na przyznawanie środków publicznych na produkcje filmowe. Trwający właśnie Festiwal Filmowy w Gdyni jest właśnie corocznym pomnikiem wznoszonym środowisku Holland. Aktorzy instynktownie wiedzą do kogo mają się wdzięczyć, a reżyserzy i scenarzyści ciągle mają wbudowane w psychikę standardy „hollandowskiego” oczerniania polskiej rzeczywistości. Być może więc właśnie pycha reżyserki Holland doprowadzi do tak znaczącego przesilenia, że przez polskie środowisko filmowe przejdzie ożywczy podmuch wiatru, który wreszcie wymiecie pokomusze złogi ze środowiska i odblokuje je dla prawdziwie zdolnych artystów.