STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / „GDYBY W KUCHNI KTOŚ PRZY DZIECKU….”

„Gdyby w kuchni ktoś przy dziecku….”



Andrzej Rosiewicz wyśpiewał kiedyś – w jednym ze swoich przebojów – znamienne zdanie: „lecz jak czułbyś się w tym domu, czystym, oczywistym, gdyby w kuchni ktoś przy dziecku… mówił po niemiecku?!”


Z upływem lat maleją w Polsce emocje wokół niemieckich zbrodni popełnionych w Polsce jednak skala inwazji niemieckiego kapitału na polski rynek informacyjny mogła świadczyć tylko o jednym – o chęci skolonizowania przez Niemców świadomości polskich odbiorców. Działo się to w każdej przestrzeni rynku mediów nad Wisłą.

Niemcy mówią po polsku

Silna obecność kapitału niemieckiego na polskim rynku medialnym nie jest przypadkiem ani zrządzeniem losu. Niemcy, które restrykcyjnie przestrzegają aby obcy kapitał nie zajął więcej jak dwadzieścia procent finansów obecnych w mediach ich kraju jednocześnie forsują w Polsce pogląd, że kapitał nie ma narodowości i każdy, kto zwraca uwagę na rosnącą siłę niemieckiej propagandy nad Wisłą jest awanturnikiem i ma totalniackie poglądy.

Kiedy więc grupa Orlen zdecydowała o przejęciu aktywów należących w Polsce do niemieckiej grupy „Polska Press” maski opadły i wielu polityków, a także postaci życia publicznego nie wytrzymało i zaczęło bredzić o „wrogim przejęciu”. W ich myśleniu okazało się, że zakup przez narodowy koncern ponad dwudziestu tytułów prasy lokalnej wydawanej w naszym kraju jest gestem wrogim i ma znamiona: „puczu”, „zamachu stanu”. Tej treści brednie zdradzają jednak prawdziwe intencje formułujących je autorów – niemieckie pieniądze i interesy przemawiają po prostu z ich ust.

Inwazja

Wszystkie reguły rynku medialnego, które Niemcy przestrzegają u siebie w Polsce zostały złamane i to przeważnie przez kapitał o niemieckiej proweniencji. Chcąc zagwarantować sobie wpływy w Polsce niemieckie służby i ośrodki nacisku rozwinęły w Polsce gęstą sieć fundacji i rozmaitych instytucji, które zajmują się forsowaniem niemieckiej racji stanu i niemieckich wpływów nad Wisłą. Elementem tej ekspansjonistycznej polityki była inwazja niemieckiego kapitału na polski rynek medialny. Niemiecki kapitał zawojował rynek prasy lokalnej w naszym kraju oraz niepodzielnie zapanował w segmencie tzw „prasy kobiecej”, której polskie wydania były klonami niemieckich sióstr. Jednocześnie Niemcy wydawali w Polsce największą gazetę bulwarową – „Fakt” (niedawno zmieniła się dopiero struktura własnościowa wydającego tą gazetę agresywnego koncernu), niemiecki kapitał zakupił także większościowe udziały w najpopularniejszej polskiej stacji radiowej – Radiu RMF oraz w bardzo popularnym portalu internetowym – Interia. Jeśli dodać do tego głos stanowiący w zarządzie portalu Onet to wychodzi całkiem pokaźna skala wpływów tego kraju na rynku informacji w Polsce. Po dokonaniu przez Orlen medialnego zakupu odezwało się wielu „polskich medioznawców” (jakkolwiek śmiesznie nie brzmiałoby określenie kogoś takim słowem), którzy uznali, że wejście naftowego koncernu na rynek medialny jest sygnałem…upolitycznienia mediów. Pojawiły się także wypowiedzi, które pozują na „fachowe opinie”, np. profesor Janusz Adamowski – dziekan Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego stwierdził, że „biznesowo ta decyzja nie ma żadnego uzasadnienia”. Pan profesor dziekan – kompletnie nie znany z dziennikarskich czy fachowych dokonań w branży medialnej („Medioznawca” to pojęcie iście komiczne) wypowiedział się jakby był czynnie zaangażowany w obronę niemieckich interesów w polskiej przestrzeni informacyjnej. Nie była to zresztą wypowiedź odosobniona, w podobnym tonie wypowiadało się wielu innych „specjalistów”, którzy nie potrafią znieść powrotu polskiego kapitału w przestrzeń od lat zdominowana przez niemiecka propagandę.

Czy to kiepski biznes?

Nie ma co udawać, że papierowe dzienniki przeżywają dziś swój rozkwit. Od dawna widać tendencję spadkową i sytuacji umierania papierowych dzienników raczej nie da się już odwrócić – po prostu wymierają ich czytelnicy. Jednak każda z lokalnych gazet dopracowała się swojego solidnego portalu informacyjnego i ten kąsek medialnego tortu biznesowo nie jest już do pogardzenia – to dziś prawie siedemnaście i pół miliona unikalnych użytkowników. Tym samy medialny interes Orlenu wcale nie wydaje się być nieprzemyślanym krokiem, zważywszy przy tym na nowa strategię koncernu polegającą na dywersyfikacji dziedzin, w których jest obecny. Solidny dostęp do internetowej społeczności ma wiec całkiem logiczne uzasadnienie. Bredzenie „medioznawców” o tym, że wraz z zakupem grupy prasowej przez Orlen tytuły lokalnej prasy znalazły się „pod partyjną kuratelą” jest jedynie wyrazem ich frustracji i dowodem na to jak dotychczas te tytuły były upolitycznione i stanowiły lokalny oręż w walce z obecnymi władzami w Warszawie.

Personalna rewolucja?

Przejęcie przez Orlen „niemieckiego pakietu” wywołało falę spekulacji na temat roszad kadrowych w kierownictwach poszczególnych tytułów. W niektórych miastach przecież Niemcy kontrolowali wszystkie wydawane tam lokalne dzienniki. Tak jest w Krakowie, gdzie zarówno pezetperowska niegdyś „Gazeta Krakowska”, jak i „konkurujący z nią” „Dziennik Polski” były obecnie tytułami wydawanymi przez ten sam koncern, a w kierownictwach tych gazet roiło się od dziennikarzy nienawistnych wręcz wobec opcji niepodległościowej. Osobiście nie spodziewam się jednak wielkich zmian – po prostu ludzie znani dotychczas z antypisowskiej retoryki odkryją w sobie nagle zupełnie inne poglądy. Jednak słabość ludzkich charakterów nie może być argumentem oskarżającym biznesowe decyzje naftowego koncernu.

Panoszenie się…

Niestety na własnej skórze odczułem skutki szarogęszenia się niemieckich koncernów w polskiej przestrzeni medialnej. Od kilku lat toczę proces z grupą Ringer Axel Springer wydającą w Polsce brukowy dziennik „Fakt”. Koncern, w który do niedawna większościowe udziały posiadała wdowa po jego założycielu Axelu Springerze, za pomocą kancelarii „Kochański, Zieba i partnerzy”, wytoczył mi proces pod zarzutem naruszenia jego „dóbr osobistych”. Stało się to z powodu przypomnienia przeszłości samego Springera oraz ludzi, których zatrudniał on w swojej firmie. Proces się zakończył, pozostało ogłoszenie wyroku i ….nagle sędzia prowadzący postępowanie się rozchorował. Oczywiście niemiecki koncern był zaskoczony tym, że nie zrejterowałem i nie przystałem na jego propozycje „ugody”, tylko konsekwentnie dowodziłem swoich racji. To postępowanie raczej mało popularne nad Wisłą. Sam fakt wytoczenia polskiemu dziennikarzowi procesu o zniesławienie – za wypowiadanie oczywistych prawd historycznych – przed polskim sądem świadczy o bucie, bezczelności i rozpanoszeniu się niemieckiego kapitału na rynku medialnym w naszym kraju.

Niemiecka propaganda

Wiadomo, że kapitał dyktuje poglądy w mediach, które posiada. Dlaczego w wypadku wydawanych w Polsce mediów niemieckich miałoby być inaczej? Nieproporcjonalne wpływy Niemiec w polskich mediach zaczęły skutkować odruchowym uciekaniem od niewygodnych dla tego kraju tematów. Nikt nie chciał być obiektem zorganizowanej nagonki medialnej i wyszydzania. Tym bardziej że niemiecki kapitał – nawet po sprzedaniu dwudziestu tytułów – z grupy „Polska Press” ciągle dysponuje w Polsce niebezpieczna siła rażenia: od brukowego „Faktu” poprzez cały wachlarz pism kobiecych, które czytane są w zakładach kosmetycznych i u fryzjera po najpopularniejsze portale internetowe i rozgłośnie radiowe.

***

Jak widać nie ukrywam prywatnej niechęci do polskojęzycznych mediów wydawanych przez Niemców nad Wisłą. Nie wdaje się także w subtelności kapitałowe. Nie da się bowiem ukryć faktu, że w sprawie niemieckiej polityki imperialnej realizowanej w Europie Środkowej wszystkie te media stoją w jednym szeregu i przemawiają z właściwą Niemcom subtelnością. Długoletnia nadobecność niemieckiego kapitału w naszej sferze informacyjnej ciągle owocuje szybkimi karierami „artystów”, celebrytów i „polityków” zwasalizowanych wobec niemieckiego sposobu myślenia