STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / DYWERSJA NIE JEDNO MA IMIĘ

Dywersja nie jedno ma imię



Czyli o planach landyzacji Polski


W Polsce od kilku wieków trwa wiele sporów, jednym z bardziej symptomatycznych starć jest napięcie pomiędzy zwolennikami budowania spójnego, silnego państwa a tymi, którzy dążą do rozczłonkowania i zregionalizowania ziem zamieszkałych przez Polaków. Dziś spór ten ma decydujące znaczenie i może zaważyć zarówno na naszej suwerenności jak i przesądzić o trwaniu naszej niepodległości.

To, że twarzą nowej odsłony tego pomysłu ma być prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski jest wielce symboliczne i nie pozostawia właściwie pola do spekulacji. Tam gdzie działania polskich polityków są wyraźnie zbieżne z celami ekspansjonistycznej polityki Niemiec można z wielki prawdopodobieństwem orzec, że pojawią się także niemieckie pieniądze i służby specjalne.

„Regionaliści”

Pomysły na rozczłonkowywanie terenu zamieszkałego przez Polaków zawsze były związane z interesami naszych sąsiadów. Im bardziej rozbita dzielnicowo Polska tym łatwiej było opanowywać jej terytorium i podporządkowywać sobie jej potencjał.

Gra na regionalizmach – poza historycznymi przypadłościami, które przytrafiały się większości dużych europejskich narodów – przybierała formę „małych ojczyzn”, które były „rozwijane” za pieniądze ościenne, brutalnych rozbiorów, których rezultaty do dziś różnicują potencjał różnych rejonów Polski oraz promowania interesów mniejszości narodowych kosztem interesu ogólnego.

Jak zatem widać ruchy skupione na regionalizacji i kreowaniu tzw polityki „małych ojczyznach” nie mają wiele wspólnego z ideałami niepodległościowymi, państwowymi i dążeniem do osiągnięcia realnej suwerenności naszego państwa.

W Trzeciej Rzeczpospolitej hasła regionalistyczne zawsze pojawiały się w momentach gdy do władzy dochodzili niepodległościowcy i natychmiast trzeba było przeszkadzać w ich działaniach i sabotować wszelkie inicjatywy.

Za takimi działaniami stali przeważnie działacze skupieni wokół postkomunistów i dawnej Unii Wolności. Związki dawnej Unii Wolności z polityką kreowania politycznych postulatów mniejszości narodowych i regionalizmami był tak namacalne, że truizmem jest wspominać, o tym że program UWi był właśnie nakierowany na promowanie interesów mniejszości kosztem interesów Polaków. Znaczącym i symbolicznym jest tu fakt, że sekretarzem tej partii był – skupiony na promowaniu interesów ukraińskich – Mirosław Czech, który jednocześnie był intensywnie publikowany – jako publicysta – przez „Gazetę Wyborczą”.

Akcenty regionalistyczne traktowane były jako swoiste programowe antidotum na postulaty konserwatystów, którzy dążyli do wzmacniania państwa i jego administracji. Tak promowany był „Ruch Autonomii Śląska” zakładany przez urodzonego w Przemyślu Jerzego Gorzelika, w ten sam sposób przymyka się oczy na wybryki ukraińskich nacjonalistów na terenie Polski.

Samorządowcy

Dzisiejsza opozycja korzysta z faktu, że większość jej elektoratu skupiona jest w dużych miastach. Dzięki temu związani z nią kandydaci pełnią dziś wiele funkcji prezydentów i burmistrzów niejako ratując przed plajtą działaczy opozycji

Platforma Obywatelska i jej przybudówki mają sporą władzę skupioną w samorządach dużych miast oraz w sejmikach wojewódzkich. Tam też – przez ostatnie pięć lat – znalazło zatrudnienie i lukratywne posady wielu działaczy tej partii. Trudno się zatem dziwić, że politycznej plany dawnej partii Donalda Tuska – od kilku lat – związane są z wykreowaniem ostrego konfliktu pomiędzy samorządami a administracją centralną.

Regionalizacja Polski i budowa kompletnie sztucznych w naszej tradycji i obyczajowości „heimatów” jest jednym z ważniejszych kierunków kreowanej w Berlinie niemieckiej polityki ekspansji za pomocą finansowego uzależnienia i siły własnej gospodarki.

Nieprzypadkowo zbiega się to w podstawowym kierunkiem, w jakim teraz zmierzają plany opozycji. PO pogrąża się w wojnach wewnętrznych oraz postępującym kryzysem wizerunkowym. Może się okazać, że partia ta nie tylko nie będzie już w stanie wygrać żadnych wyborów, ale straci także palmę pierwszeństwa po stronie opozycji. Życie jednak nie znosi próżni a zatem sponsorzy i zakulisowe kręgi, które dotychczas wspierały PO zaczęły szukać rozwiązania, które przyniosłoby nie tylko lepsze notowania, ale umożliwiłoby także osiągnięcie efektu świeżości – tak aby można było wmówić wyborcom, że oto nowi ludzie wchodzą do polityki i naprawiają świat nielubianych i obarczonych winą za liczne afery zgranych i niepopularnych polityków.

Prezydenckie wybory przyniosły co prawda porażkę prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, jednak wynik, który osiągnął rokował znakomicie, na dodatek gdyby w sferę jego oddziaływania wciągnąć jeszcze Szymona Hołownię, można by było poważnie myśleć o wykreowaniu ruchu, który mógłby zastąpić schorowaną PO.

Uwaga promotorów naturalnie skierowała się więc w stronę Trzaskowskiego. Prezydent Warszawy i niedoszły prezydent RP ma stać się twarzą nowego stronnictwa, które teoretycznie ma uzyskać impet z kilku kierunków. Przejmie zatem wszelkie wsparcie ze strony sił zainteresowanych osłabianiem polskiego państwa i jego landyzacją. Teoretycznie przecież – jako samorządowiec i prezydent największego miasta – może stać się twarzą takiego ruchu. Obok niego pojawią się samorządowi liderzy buntu przeciwko władzom państwa: gdański konglomerat Aleksandry Dulkiewicz i Jacka Karnowskiego wspomagany europarlamentarzystką, żoną tragicznie zmarłego Pawła Adamowicza, Magdaleną Adamowicz, znany z zamiłowań do homolewicowych ekstremistów i niedoszły kandydat PO w wyborach prezydenckich, Jacek Jaśkowiak, prezydent Wrocławia Jacek Sutryk, niezniszczalna (pomimo ciążących na niej rozmaitych afer) prezydent Łodzi Hanna Zdanowska to naturalna czołówka takiego ruchu. Wszyscy ci samorządowcy, wspomagani przez włodarzy mniejszych ośrodków, od początku rządów PiS tworzą nieformalny ruch kontestowania państwowej polityki i rozbijania integralności państwa jako takiego.

Można tu odwołać się nawet do tak gorszących przykładów jak wojna prezydent Gdańska Dulkiewicz z przedstawicielami rządu przy okazji kolejnych rocznic walki na Westerplatte, czy tworzone jeszcze przez nieboszczyka Adamowicza pomysły prowadzenia przez duże miasta własnej polityki zagranicznej. Szczególnie jaskrawo ta tendencja zarysowała się przy okazji dyskusji o sprowadzaniu uchodźców z Bliskiego Wschodu do Polski.

Ilość nie znaczy jednak jakość

Nawet jeśli Trzaskowski porozumie się z Szymonem Hołownią to przecież nie jest tajemnicą, że każdy ze znanych opozycyjnych samorządowców posiada ogromne ambicje polityczne i wcale nie jest pewne, że automatycznie uznają przywództwo Trzaskowskiego. Jeżeli do nowego ruchu doszlusują także polityczni pieczeniarze tacy jak Dariusz Rosati czy Włodzimierz Cimoszewicz, to pojawią się w nim także intrygi wywiedzione rodem z wojewódzkich struktur PZPR.

Jednym słowem nagromadzenie wokół Trzaskowskiego wszystkich aktywistów antypisu wcale nie musi przynieść powstania silnego stronnictwa. Brak charyzmy i miałkość publicznych wystąpień samego Trzaskowskiego jedynie podnosi prawdopodobieństwo natychmiastowego wybuchu wewnętrznych waśni.

Trudno także przypuszczać, że biurokracja PO da się złożyć do politycznego grobowca bez jednego wystrzału. Tarcia pomiędzy nowym ruchem Trzaskowskiego a starymi wyjadaczami z PO wydają się zatem także być nieuniknione.

Nie jest też pewne jak zachowają się samorządowi oligarchowie, tacy chociażby jak – rządzący już osiemnaście lat Krakowem – były komunista Jacek Majchrowski. Układ, który Majchrowski zmontował w dawnej stolicy Polski wymaga stałej konserwacji i braku wpuszczania tam służb śledczych. Dotychczasowa dobra koegzystencja z małopolskimi liderami Prawa i Sprawiedliwości Andrzejem Adamczykiem i Ryszardem Terleckim pokazuje, że Majchrowski posiada znakomite umiejętności politycznego mimetyzmu i pragmatycznie potrafi ułożyć się z każdą władzą państwową byleby osłonić interesy swojej ekipy.