STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / DYSKRETNY UROK CZERWONEJ BURŻUAZJI

Dyskretny urok czerwonej burżuazji



Sprawcy komunistycznych zbrodni i przestępstw oraz ich familie dziś oskarżają swoje ofiary i ich dzieci o czyny przez siebie popełnione. To bardzo skuteczna technika gdy zbrodniarz o zbrodnie oskarża swoje ofiary. Ludzie pokroju Dariusza Rosatiego czy Włodzimierza Cimoszewicza – bez cienia zażenowania – miotają dziś oskarżenia o „totalitaryzm” i „bolszewickie metody” pod adresem tych, którzy od komunizmu zaznali tylko najgorszego i znani są raczej z tego, że z bolszewickimi korzeniami Rosatich i Cimoszewiczów walczyli. To sytuacja analogiczna to tej gdyby nagle Frank, Himmler czy Borman oraz ich progenitura wrzeszczeli pod adresem ludzi walczących z Trzecią Rzeszą : naziści!


Rzucić bumerangiem

Efekt bumerangu został dokładnie opisany w literaturze psychologicznej. Oznacza on stan po przekarmieniu propagandą, gdy już same tezy propagandy budzą opór i sprzeciw na skutek zbytniej nachalności, nasilenia i jednoznaczności przekazu. To jeden z podstawowych błędów popełnianych przez marketingowców i propagandystów. Jednym słowem, w takiej sytuacji, propagandowe przekazy odbierane są przez publiczność jako własna karykatura i budzą intuicyjny sprzeciw oraz uodpornienie na lansowane tezy i bon moty.

Ostatnio jednak nasila się działanie, które śmiało można nazwać „techniką bumerangu”, składa się ono z mechanizmów zaprzeczenia faktom i agresywnego projektowania własnych ułomności na ofiary własnych działań, tak aby przyglądająca się temu publiczność odniosła wrażenie takiego pomieszania sensów i znaczeń, które doprowadzi do całkowitej utraty zainteresowania tematem i w przyszłości zrodzi możliwość zupełnego odwrócenia znaczenia prawdy wynikającej z faktów.

Kongres obrońców pokoju

Jak wyprać swoja kolaborację z komunistycznym reżimem? Jak przekonać wszystkich, że w istocie to ofiary reżimu są dziś najgorszymi totalitarystami?

Właściwie to bardzo proste, trzeba jedynie wykazać się bezczelnością wobec faktów i historii. Wszak nie od dziś wiemy, że najmocniej w obronę światowego pokoju zaangażowany był Związek Sowiecki, którego naczelną doktryna strategiczną był nieustający konflikt, wojna i dążenie do opanowania całego świata. Jak jednak „obrońców pokoju” można oskarżyć o wojenne zapędy i agresywne plany?

Oskarżyć bitego o agresję automatycznie stawia oskarżającego poza podejrzeniem – tak działa stereotyp i właśnie z tej mechaniczności naszego myślenia korzystają totalitarni propagandyści. Lenistwo łatwych schematów myślenia jest w tej sytuacji bronią dla bezczelnych manipulacji.

Uczynić chaos

Inną techniką, z upodobaniem stosowaną przez dawnych kolaborantów komunizmu jest unieważnienie podstawowych pojęć i sprowadzenie dyskusji do poziomu takiego zgiełku, w którym nie da się już wyrazić żadnej racjonalnej myśli. Szum informacyjny, podważenie najbardziej podstawowych faktów oraz kakofonia argumentów są dokładnie wymierzone w racjonalną ocenę rzeczywistości. Człowiek ma bowiem taką cechę, że podlega zarówno zjawiskom zarówno habituacji jak i ucieczki przez niezrozumiałym dla siebie szumem informacji.

Przykłady można mnożyć: jeśli np. symbolem antykomunistycznych protestów stała się pieśń „Janek Wiśniewski padł” i związane z nią archiwalne nagrania pokazujące agresję funkcjonariuszy komunizmu wobec buntujących się robotników Wybrzeża, to przy okazji tzw „protestu przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego” także można urządzić happening nawiązujący do tamtych obrazów, tak aby scena została zdewaluowana i kojarzyła się także z wygłupem i prowokacją. Rozmywanie czytelnych symboli to znakomita technika wiodąca do zrelatywizowania prawdy o każdym historycznie odnotowanym fakcie. Technika szumu prowadzi do zobojętnienia na nowe treści oraz do emocjonalnej niechęci zajmowania się niewygodnym dla postkomunistów tematem.

Każdy ważny przekaz jeśli zostanie opakowany bezwartościowym szumem będzie podlegał nieuchronnej inflacji swojego znaczenia.

Podrabianie znaczących obrazów, eksploatowanie ważnych wątków to wszystko techniki, które postkomuniści stosują z powodzeniem od trzydziestu lat.

Przeciętniacy – idolami

Oddając, po 1989 roku, część władzy komuniści dobrze wiedzieli, że jedynie zachowanie decydujących wpływów w mediach może pozwolić im suchą stopą i z pełnymi kieszeniami przejść do Trzeciej Rzeczpospolitej. Technika pompowania miernot sprawdziła się i ludzie pokroju Ryszarda Kalisza, Czarzastego, Borowskiego czy Rosatiego powyrastali na pierwszorzędnych celebrytów. Każdy z nich kreowany był, przez sprzyjające im media, w jednym celu: aby w odpowiednim momencie głosem osoby znanej, która miała budzić sympatię i zaufanie, zwalczać wszelką niezależną (od postkomunistów) opinię, niszczyć każdy oderwany od czerwonego układu głos.

Nikt z postkomunistycznych celebrytów nie stał się znany dzięki własnym osiągnięciom czy osobowości. Jak jeden mąż byli „medialnym chowem” dziwacznej spółki medialnej nieformalnie zawiązanej przez Jerzego Urbana, Adama Michnika i Mariusza Waltera.

Kwaśniewscy, Kalisze, Rosati czy Borowski to była następna zmiana, która miała dojść do władzy w epoce PRL – u. Naraz te możliwości się skończyły, ale… zaczęły inne nieporównanie większe.

Oto skompromitowani młodzi aparatczykowie komuny stali się ekspertami, postaciami publicznymi, autorytetami. Ten chów pokomuszych brojlerów zaprowadził Aleksandra Kwaśniewskiego na stanowisko prezydenta RP.

Czesław Kiszczak – podczas jednej z rozmów, jakie z nim prowadziłem – wspominał, że działacze skupieni wokół Wiatra i Kwaśniewskiego, tak byli przerażeni możliwością przerwania „czerwonej sztafety pokoleń”, do której mogło – ich zdaniem – dojść po wejściu w życie umów z Magdalenki, że zawiązali egzotyczny spisek przeciwko Jaruzelskiemu i Kiszczakowi.

– Doszło nawet do tego że objeżdżali komendantów wojewódzkich MO i sondowali ich, czy ci gotowi byliby przyłączyć się do buntu, gdyby takowy narodził się w łonie PZPR – wspominał Czesław Kiszczak.

Skończyło się na tym, że musiałem ostro wystąpić w czasie posiedzenia Komitetu Centralnego i zasugerować, że dobrze wiem co robią młodzi towarzysze. Po skończonych obradach przyszli do mnie i przepraszali – tyle Kiszczak. Okazało się jednak, że „młodzi towarzysze” w tzw Trzeciej Rzeczpospolitej mieli życie bardziej atłasowe niż w zgrzebnych czasach nieboszczki PZPR.

Stali się celebrytami i ludźmi zamożnymi. Powodzenie i sprzyjające salony warszawki tak dalece przewróciły im w głowie, że prawdziwie uwierzyli, że są nietuzinkowymi postaciami i mają coś istotnego do powiedzenia. Bezkarni i bezczelni uwierzyli także i w to, że stanowią sól polskiej demokracji i bez nich nie może się odbyć żadna poważna dyskusja o prawach człowieka.

Ostatnia fala najbardziej zdemoralizowanych aparatczyków komunistycznych naraz została wykreowana na nieskazitelnych demokratów i nieposzlakowane autorytety społeczne. Teraz – jak królik z cylindra – co i rusz jest któryś wyciągany za uszy ze swojego wygodnego życia aby ukąsić – często nawet bez entuzjazmu” wrogów postępu sprawujących władzę nad Wisłą”.