STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / CZY TO BĘDZIE ROK PRZEŁOMU?

Czy to będzie rok przełomu?



W tym roku czekają nas wybory prezydenckie i – na jesieni – wybory parlamentarne. Trudno przesądzić, która z tych elekcji jest ważniejsza. Już dziś można jednak stwierdzić, że będą to najważniejsze wybory od czerwca 1989. Dlaczego? Postaram się to poniżej wyłożyć.


Stan faktyczny

Rządzący obecnie establishment wszedł już w takie stadium degeneracji, ze dalszy jego rozkład stał się niebezpieczny dla niepodległości państwa. Ludzie dzisiejszej władzy już nawet nie ukrywają, ze ich napędem jest jedynie coraz przemożniejsza chęć utrzymania steru i potęgujący się strach przed złożeniem realnego  sprawozdania z minionych ośmiu lat, gdy koalicja PO – PSL i degenerujących się mediów tzw „głównego nurtu” robiła co chciała, coraz mocniej rozzuchwalona postępującym unicestwianiem głosu niezależnej opinii publicznej. Sztuczki z laboratorium spin doctorów zastąpiły realne kierowanie państwem, a poziom rządowych elit systematycznie się obniżał, aż doszedł do poziomu Ewy Kopacz i Bronisława Komorowskiego. Powtarzanie, w tym wypadku, o deficytach intelektualnych pani premier i pana prezydenta, jest w istocie truizmem. To widać gołym – nie oczadzonym prymitywną propagandą – okiem.

O ile jeszcze Donald Tusk potrafił skupić wokół siebie ludzi cwanych i doświadczonych w politycznych zapasach, to już masa spadkowa – jaka po nim została – przedstawia sobą żałosny poziom.

Tusk, uciekając do Brukseli, zostawił po sobie grzęzawisko. Metodycznie wycinając ze swego otoczenia ludzi, którzy potrafili jako tako myśleć, spowodowało, że mamy panią premier, która nie potrafi nawet odpowiednio się zachowywać i prezydenta, który przynosi nam międzynarodową sromotę. Ludzie dzisiejszej władzy zachowują się jak bezwolne marionetki. Zachodzi więc pytanie: kto rządzi, bo przecież chyba nikt zdroworozsądkowy nie myśli, że oni sami są w stanie podejmować jakieś strategiczne decyzje.

Polska dryfuje niesiona coraz bardziej apodyktycznymi wytycznymi płynącymi z Berlina i stałym, groźnym wpływem agentury, którą pozostawiła po sobie nad Wisłą moskiewska metropolia.

Trwanie takiego stanu rzeczy nieodmiennie przywołuje obraz ostatnich lat saskiej zgnilizny i konsekwencji, jakie w jej wyniku spadły na Rzeczpospolitą.

Wybory

Stoimy więc przed sytuacją, w której – albo w wyniku demokratycznych, uczciwie przeprowadzonych wyborów ster władzy przesunie się w ręce realnej opozycji, albo też czeka nas dekada rządów, którym wektor działania wyznacza przecięcie oddziaływań berlińskiego i moskiewskiego magnesu.

Degenerujące się koterie władzy (liczba mnoga jest tu na miejscu co udowodniła m.in. afera podsłuchowa, będąca rozgrywka o wpływy wewnątrz rządzącego obozu) działają dziś tak jak panicznie uciekający przed wymiarem sprawiedliwości gangsterzy. Nie cofną się przed żadnym wybiegiem, prowokacją czy wręcz użyciem brutalnej siły. Przedsmak tego schyłkowego – miejmy nadzieję – okresu mieliśmy w czasie jesiennych wyborów samorządowych.

Wyniki tej elekcji zostały bez wątpienia znacznie zniekształcone. Władza jednak ani myśli się z tego tłumaczyć, przyklepała korzystne dla siebie – acz mocno kuriozalne – orzeczenia Państwowej Komisji Wyborczej i siłowo forsuje powyborczą rzeczywistość metodą brutalnych faktów dokonanych.

Przed wyborami wyniki koalicyjnego PSL wynosiły (w najbardziej korzystnych dla byłego ZSL sondażach) około dziewięciu procent. W czasie wyborów naraz wzrosły do dwudziestu trzech punktów, aby w sondażach podawanych do publicznej wiadomości po wyborach, znów spaść do poziomu około siedmiu procent. Czy potrzeba większego dowodu na manipulację wynikami?

Operacja wykonana została prymitywnie i siłowo, protesty społeczne stłumione. Po raz pierwszy tak wyraźnie pokazano, ze w dzisiejszej polskiej „demokracji” ważne jest to kto liczy wyborcze głosy. To tyleż dewastujące dla demokratycznych obyczajów, co po prostu kryminalne.

Jesienią zeszłego roku mieliśmy więc do czynienia z miękkim zamachem stanu, który zatwierdził urzędujący jeszcze prezydent Bronisław Komorowski. Leninowsko obwieścił wyborcom, że w praktyce „władzy raz zdobytej nie oddamy”. Wyniki tej elekcji zostały tak precyzyjnie skonstruowane, że w piętnastu sejmikach wojewódzkich straty PO zostały powetowane przez „niespodziewany” sukces PSL i …wszystko zostało po staremu. To tym bardziej niepokojące, że teraz to sejmiki właśnie dzielą najgrubsze dotacje z Unii Europejskiej, które  będą napływać do Polski w „nowej perspektywie finansowej”. Znamionuje, to nieszczęsny fakt, że szeregi tych, którzy są klientami władzy będą dramatycznie rosnąć.

Uczciwość nakazuje w tym miejscu zwrócenie uwagi na jeszcze jeden, z reguły niedostrzegany fakt. PSL jest  w istocie jedyną liczącą się polską partią polityczną, która swojemu elektoratowi daje do zrozumienia, ze jest gotowa do mocnego złagodzenia obecnego kursu stosunków z Rosją. Taka postawa, w obliczu narastającego zagrożenia zaognieniem konfliktu z naszym sąsiadem, może tej partii przynieść znaczący – tym razem już realny – wzrost poparcia.

Gra może nas zaskoczyć

W wyborach prezydenckich obóz Bronisława Komorowskiego wyraźnie chce rozegrać kartę rosnącego strachu przez konfliktem z Rosją. Nie jest to pozbawione sensu. Przeciwnie, im większe zagrożenie ze Wschodu, tym notowania Komorowskiego będą bardziej rosnąć.

Opozycja musi z tego faktu wysnuć realne wnioski. Polska nie może być platonicznym – bo nie czerpiącym z tego żadnych realnych korzyści – partyzantem Stanów Zjednoczonych i Niemiec. Zarówno Andrzej Duda jak i PiS musi z tej sytuacji wyciągnąć realne wnioski. Retoryka polskiej polityki zagranicznej musi przenieść swój ciężar ze sfery symboli i emocji na sferę realnych interesów i korzyści. Polityka, a w szczególności polityka zagraniczna, nie zna w ogóle kryteriów innych jak realne interesy i gry obliczone na wzmocnienie własnej pozycji przetargowej.

Nadszedł czas, aby o polityce wobec Rosji zaczęli mówić ludzie posiadający rzetelną orientację w rosyjskich sprawach i projektujący strategie, w których to co dotychczas było polskim przekleństwem i słabością – a więc położenie geopolityczne, zaczęło być wykorzystywane jako pewien atut.

Jak sprawić by nie pójść drogą Orbana, a jednak wzmocnić nasze siły wytwórcze i perspektywy gospodarcze? To pytanie, które może być kluczem do wygrania wyborów.

Andrzej Duda powinien przekonać Polaków, ze jest politykiem poważnym i realistycznie usposobionym także do kwestii stosunków z naszym najpotężniejszym sąsiadem. Pora skończyć ze schematem myślowym mówiącym o tym, że tak czy owak i tak jesteśmy specjalistami od spraw wschodnich. Pora na pokazanie, ze tak jest w praktyce.

Koncepcja nowej polityki wschodniej – opartej o realne możliwości i istniejące szanse – powinna stać się atutem Andrzeja Dudy i PiS w wyborach parlamentarnych.

Konkret, w odniesieniu do Rosji jest dużo lepszy niż zdarte już i nierealistyczne hasła.

W tym miejscu pozwolę sobie na pewną – opartą na geopolitycznych trendach – spekulację.

Sytuację znacząco może zmienić mocniejsze skierowanie uwagi USA na sprawy Europy Środkowej a więc i Polski.

Jeśli przejawem takiej tendencji jest wykupienie przez koncern Scripps Networks Interactive telewizji TVN, to w niedługim czasie mogą – w polskiej polityce – dokonać się znaczące przesunięcia.

Jeśli Amerykanie postawią na PiS – w istocie najbardziej pronatowską i proamerykańską orientację w naszej współczesnej polityce, to możemy obserwować ciekawe zdarzenia w sferze medialnej, a w ślad za nimi także w powszechnych nastrojach wśród elektoratu.

Możemy spodziewać się także, ze amerykańskie naciski zmienią postawę kanclerz Angeli Merkel i jej cichych reprezentantów w Polsce. W praktyce może to się objawić znacznym złagodzeniem antyopozycyjnej retoryki i  większą spolegliwocią wobec PiS.

Sporym zaskoczeniem może wtedy stać się koalicja powyborcza, która zawiąże się po jesiennych wyborach parlamentarnych. Jeśli taka koalicja ma być – w znacznej części – wynikiem konsultacji amerykańsko niemieckich, to możemy spodziewać się znaczących i zaskakujących zmian biegunów dzisiejszej polskiej polityki. W takim wypadku koalicja frakcji niemieckiej – większość PO z politykami sprzyjającymi USA (PiS) postronnym obserwatorom może wydać się niezwykle nieoczekiwana.

Czy więc nagła koalicja PiS – PO może nas po wyborach nagle zaskoczyć?

To na razie jedynie czcze spekulacje, oparte jednak na znajomości politycznej fizyki i świadomości gry, jaka rozgrywa się wokół naszego kraju, gry która jest częścią globalnej rozgrywki trwającej pomiędzy Chinami i USA, z udziałem ciągle aspirującej do tego poziomu Rosji.

Dobrze prowadzący gre strateg nie może takiej ewentualności wykluczyć.

Nie można także zapomnieć i o kartach, które dzierży w dłoniach Władimir Putin. Rosja – chcąc wzmocnić wpływy swojego stronnictwa nad Wisłą może oczywiście mocno grać karta wojenną, może jednak wykonać także zaskakujący manewr i nagle złagodzić sankcje na import polskich płodów rolnych i mięsa.

W światowej polityce nie takie zwroty dokonywały się niemal z dnia na dzień

***

Oczwiście wszystko, o czym tu piszę, możecie Państwo uznać za swobodna kreację wyobraźni. Proszę jednak pamiętać, że nasza polityka wewnętrzna – jakkolwiek gorące by tu nie gorzały spory – nie jest jedynie wynikiem zdarzeń przebiegających na samotnej wyspie. W istocie znaczący wpływ wywierają na nią rozgrywki na większej szachownicy. Pora więc, aby szeroka publiczność ten – oczywisty fakt – realnie sobie uświadomiła.