STRONA GŁÓWNA / AKTUALNOŚCI / BEZCZELNE SKUTKI BRAKU DEKOMUNIZACJI

Bezczelne skutki braku dekomunizacji



Okrągły stół i tajne układy Kiszczaka z tzw „reprezentantami opozycji” tak dalece zdemoralizowały i zkaziły nasze życie publiczne, że dziś byli komunistyczni renegaci tacy jak Rosati. Borowski, Cimoszewicz czy Miller wypowiadają się publicznie na równych prawach jak ludzie cierpiący kiedyś z powodu komunistycznych represji. Historyczne kłamstwa, produkowane przez byłych komunistów i ich dzieci, traktowane są na równi z faktami o ich zbrodniach.


Ciągła obecność byłych komunistów w naszym życiu publicznym jest prawdziwym miernikiem głębokości i realności polskich przemian po 1989 roku. Tzw Trzecia Rzeczpospolita, zwana przeze mnie Republiką Okrągłego Stołu, nie tylko realnie nie odcięła się od dziedzictwa komunistycznej zdrady polskich interesów, ale zezwoliła także na proces „reprodukcji zdrajców”. Z rodzin komunistycznych siepaczy wywodzi się kolejne pokolenie renegatów, którzy mają nieproporcjonalnie dużo do powiedzenia.

Dopóki nie skończymy z tym dziedzictwem zdrady, dopóty nie będzie można mówić o realnej odbudowie polskiej niepodległości.

Na przykład Gdula

Poglądy komunistycznych zdrajców potęgują się w pokoleniu ich dzieci. Dzieci już nie są bezpośrednio obciążone degeneracją swoich rodziców, głosząc więc swoje poglądy nie dotyka ich już odium zdrady rodziców. Odium to zresztą – w Trzeciej RP – mocno wątpliwe zważywszy na nieustanna obecność Leszka Millera, Dariusza Rosatiego, Włodzimierza Cimoszewicza, Ryszarda Kalisza czy Aleksandra i Jolanty Kwaśniewskich w mediach.

Ich progenitura nie tylko że korzysta z niezachwianej pozycji swoich rodziców, ale jeszcze bryluje w powtarzaniu wątpliwych bon motów i „przekonań” pokolenia wcześniejszego.

Andrzej Gdula jest właściwie modelowym przykładem zdrajcy i renegata średniego szczebla ze schyłkowego pokolenia kacyków PRL – u. W czasach komunistycznej podległości wobec Związku Sowieckiego pełnił wysokie funkcje w aparacie represji wobec patriotów. Był podsekretarzem stanu w peerelowskim ministerstwie spraw wewnętrznych i szefem służby polityczno – wychowawczej, był też politrukiem, kierownikiem wydziału w komitecie centralnym PZPR… a w okresie Trzeciej Rzeczpospolitej szefował zespołowi doradców politycznych postkomunistycznego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Zapewne więc w jego domu – wobec polskich patriotów – panowała atmosfera pogardy i chęci zniszczenia ich pamięci. Takie wychowanie, symboliczne śpiewanie „podmoskowskich wieczierow” zamiast katolickich kolęd w czasie Wigilii, nie pozostało bez wpływu na potomstwo towarzysza Gduli.

Jego syn Maciej otrzymał w wianie po ojcu dobrze wyrobione dojście do maintreamowych mediów, w których może pleść wszystko czym w domu nasiąknął. Naczelną prawdą jaką go tam nauczono jest odpowiedź na słynne jaruzelskie pytanie: no, jeśli oni są bohaterami, to znaczy, że my jesteśmy zdrajcami? Mowa oczywiście nie tylko o Kuklińskim (którego bezpośrednio dotyczyła sentencja Jaruzelskiego) ale też o bohaterach antykomunistycznego powstania w Polsce po 1945 roku. Młody Gdula wyrósł więc – podobnie jak jego bananowi rówieśnicy z innych komunistycznych rodzin – w nienawiści wobec bohaterów walki o polską niepodległość. Jak bowiem miał spoglądać na swoją rodzinę i ojca? Tak jak to było w rzeczywistości, czy też tak jak stworzyła to czerwona legenda rodzinna?

Czy ktoś widział zdrajcę i łachudrę, który przyznaje się do swojej podłej konduity duchowej?

Maciej Gdula wyrobił sobie zatem alibi w postaci wątpliwego dorobku naukowego i nuże pouczać w usłużnych dla komunistów mediach o najnowszej historii naszego kraju. Gdula jest w tym jednak bardziej finezyjny niż jego bolszewiccy rodzice. Nienawidzi szczególnie żołnierzy niezłomnych, których pokolenie jego rodziców i dziadków mordowało w komunistycznych kazamatach okupując Polskę.

W dzień pamięci o bohaterach antykomunistycznego powstania napisał na twitterze: „ Dziś Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Mają oni na swoim koncie ponad 5 tysięcy ofiar cywilnych. Zamordowali około 200 ocalałych z Zagłady Żydów. Zabili 187 dzieci. Święto w dzisiejszej formie jest po prostu gorszące”.

Dla Gduli i jego czerwonego ojca to święto jest przede wszystkim przypomnieniem skąd się wzięli i kim dla polskiej niepodległości jest w istocie familia Gdulów. Bolesność tego faktu napełnia Gdulę juniora kompleksem, który musi agresywnie przezwyciężać. Jeśli będziemy bowiem czcili bohaterów antykomunistycznego powstania to wtedy my i nasze dzieci zawsze będziemy z pogardą spoglądać na Gdulów i im podobnych. „Cywile” zabijani przez Niezłomnych, to byli zdrajcy i kolaboranci sowieckich okupantów a tzw „Żydzi” to przede wszystkim funkcjonariusze komunistycznej bezpieki, wyjątkowo bestialscy wobec polskich patriotów. Gdula o tym wie, ale ma także świadomość tego jak dobrze manipulowanie tymi liczbami może posłużyć do uprawiania postbolszewickiej propagandy.

Aby okrasić swoje akcje postępowym smrodkiem młodemu Gduli nie podoba się także Henryk Sienkiewicz a szczególnie napisane przez niego „ W pustyni i w puszczy”, które – zdaniem Gduli – jest powieścią rasistowską i „utrwalającą szkodliwe stereotypy”.

Minie jeszcze pokolenie i intensywna propaganda rozwijana wokół Gdulów przez TVN i im podobne „media”, sprawią że następne pokolenia będą cytować takie kuriozalne opinie jako wypowiedzi naukowych autorytetów.

Zdrajców nie wykończyła biologia

Kiedy – na początku lat dziewięćdziesiątych – zwalczaliśmy komunistyczne obchody pierwszomajowe i ścieraliśmy się z resztkami bolszewickich hord, które wyłaziły wtedy na krakowskie ulice, zapamiętałem swoją emocjonalną sprzeczkę z nieboszczykiem, wtedy gwiazdą poskomunistycznej lewicy, posłem Andrzejem Urbańczykiem. Urbańczyk był jednym z bardziej sympatycznych działaczy byłej PZPR, osobiście był także dosyć uczciwym człowiekiem i stąd wiodłem z nim czasem ideologiczne dysputy. W czasie jednego ze sporów po pierwszomajowych starciach powiedziałem mu:

My jeszcze będziemy się ścierać, ale nasze dzieci już na pewno nie, wykończy was bowiem biologia!

Urbańczyk uśmiechnął się i spokojnie ripostował:

Głęboko się mylisz Witoldzie, te spory będą trwały dotąd aż je wygramy. Rzecz w edukacji i mediach, które opanujemy i to nasza wizja historii będzie górowała w następnych pokoleniach – odparł z rozbrajającą szczerością.

Urbańczyk już od dawna nie żyje, utonął w czasie urlopu na wyspie Korfu, jednak jego słowa spełniają się złowróżbnie.

Ustaw dekomunizacyjnych nikt nie potraktował poważnie

Byłem jednym z założycieli Porozumienia Centrum (skrzydło chrześcijańsko – demokratyczne) i z racji tej okoliczności brałem udział w opracowywaniu projektu „ustawy dekomunizacyjnej”, która miała być zgłoszona przez to ugrupowanie w polskim parlamencie. Pełni entuzjazmu wpisywaliśmy tam dziesięcioletni zakaz pełnienia funkcji w administracji dla byłych funkcyjnych działaczy PZPR, zastanawialiśmy się nad działaczami stronnictw sojuszniczych wobec komunistów: SD i ZSL. Wszystko okazało się jedynie mrzonką. Nikt i nigdy nie przedstawił oficjalnie tej ustawy, nigdy nie odbyło się też głosowanie nad jej kształtem. Okazało się, że w polskim życiu politycznym nie było żadnej znaczącej siły, która realnie byłaby zainteresowana wyeliminowaniem komunistów z polskiego życia publicznego. Przez cały okres istnienia Trzeciej RP uczestniczyli oni – pełnoprawnie – we wszystkich wydarzeniach, ba… przez kilka lat sprawowali niepodzielne rządy. Premierami byli Miller, Cimoszewicz, Oleksy czy Belka, prezydentem (przez dwie kadencje) Aleksander Kwaśniewski – a żaden z nich nie powinien wymigać się obowiązującej ustawie dekomunizacyjnej, niestety takiej ustawy nigdy nie było.