Szpiedzy – krótkie wprowadzenie

  • Posted on: 24 February 2015
  • By: Witold Gadowski
Ostatnie akcje polskich służb budzą wręcz zażenowanie swoim nieprofesjonalizmem i głupotą. Zwłaszcza ta „głupota” nakazuje myśleć o nich nieco podejrzliwie, często bowiem dzieje się tak, że „głupie” działania służb biorą się z faktu, że są one przesiąknięte obcą agenturą – sterowane przez zdrajców, przez „krety”.

 

Był jednak czas, gdy polskie służby stanowiły wzór do naśladowania dla innych.

Tajna wojna i jej uczestnicy
Dzisiejsza gra wywiadów to zupełnie nowa rzeczywistość. Tradycyjnie Amerykanie przewodzą w tzw. wywiadzie technologicznym, odkąd zbudowali – opartą na satelitach, ogromnych sieciach monitoringowych oraz przepastnych serwerach – sieć potocznie zwaną Echelon. Zdaje się jednak, że spoczęli mocno na laurach. Wypadki syryjskie i ukraińskie wyraźnie dowodzą słabości ich służb. W dziedzinie tzw. intelligence, czyli wywiadu osobowego, od dziesięcioleci prym wiodą Rosjanie. Ich metody werbunkowe, kamuflażowe, przebiegłe, wieloetapowe gry zyskały podziw w środowisku specjalistów. Rosyjski wywiad jest jednocześnie bardzo brutalny i nie cofa się przed użyciem żadnych środków, a nawet poświęcaniem własnych ludzi.

Niewiele wiemy o wywiadzie chińskim, na rynku funkcjonuje zaledwie kilka – dość starych jak na dynamikę przemian w Państwie Środka – opracowań autorstwa głównie francuskich specjalistów i dziennikarzy. Wiemy jednak, że chińskie służby działają globalnie, wykorzystują wszelkie najnowsze zdobycze technologiczne oraz są zdolne do płacenia najwyższych stawek dla swoich, rozsianych już po całym świecie, agentów.

Nową jakością w świecie wywiadów było pojawienie się służb specjalnych państwa Izrael. Izraelici stworzyli niespotykane dotąd połączenie oddania służbie własnemu państwu, technologii, wysokich kwalifikacji nielicznych zespołów oraz perfekcyjnej wręcz analityki i planowania operacji. Rzecz jasna bez rozsianej po całym świecie sieci dobrowolnych, darmowych współpracowników, poczuwających się do łączności z ideą syjonistyczną, oraz bez znaczącego wsparcia ze strony USA, służby izraelskie nigdy nie odniosłyby tak legendarnych sukcesów jak choćby wstrzymanie na ponad 10 lat programu rozwoju broni nuklearnej w Iranie.

Mosad, Szin Bet, Aman – to dziś powszechnie znane synonimy jakości działań podejmowanych przez Izrael w tajnej wojnie. Mało kto jednak wie, że młode państwo Izrael, budując swoje tajne służby, wzorce czerpało z doświadczeń polskich służb, a szczególnie przedwojennej „dwójki”, której dorobek, pomimo żenującej wpadki na bemowskich fortach, zaiste był imponujący. Pierwsi, legendarni już wywiadowcy Izraela też byli Polakami. Przykładem jest tu słynny Wiktor Grajewski – człowiek, który dostarczył Zachodowi słynny „referat Chruszczowa”. Grajewski w latach 80. został przez Sowietów potajemnie, w lesie pod Tel Awiwem, odznaczony Orderem Lenina. Sowieci do końca wierzyli w to, że był ich człowiekiem – najpierw w Warszawie, potem w Izraelu. Dopiero krótko przed śmiercią opowiedział prawdę o swojej służbie w tajnych formacjach Izraela.

Dziś, gdy się dowiadujemy, że polska armia dopiero kupuje pierwsze – dość prymitywne technologicznie 
– drony i uczy się ich obsługi, możemy tylko załamać ręce. Oto bilans rządów Trzeciej RP: zdemoralizowane, zacofane technologicznie, niesprawne i wypełnione degeneratami służby specjalne. Niebezpieczne dla własnego społeczeństwa i zupełnie bezzębne wobec zewnętrznych zagrożeń.

Krótki słownik szpiegowania
Na początek kilka informacji dotyczących terminologii, tego, co pisarze zwykli eufemistycznie określać jako „tajną grę”.

Dzisiejsze wywiady to przede wszystkim technologia i perfekcyjna selekcja ludzi. Dobrymi wywiadowcami nie mogą być, tak jak niestety dzieje się w wypadku Trzeciej RP – przestępcy i zdrajcy.

Polskie służby specjalne – niebezpieczne dla własnego społeczeństwa i zupełnie bezzębne wobec zewnętrznych zagrożeń

„Wywiad” – to nasi, działający poza granicami naszego kraju. W poważnych krajach działalność wywiadowcza traktowana jest jako swoista profilaktyka, zdobywane przez wywiad informacje stanowią jądro tego, czym później zajmują się analitycy. Wywiad często, jak choćby w czasach Czesława Kiszczaka, żywi (wybranych), chroni i osłania najważniejsze interesy kraju i gospodarki.

Nasi wywiadowcy są ważnymi ogniwami w obiegu informacji, czasem nawet, po cichu, za swoją działalność dostają medale. Kiedy jednak nasz wywiadowca wpada w ręce konkurencyjnego kontrwywiadu, wtedy staje się „szpiegiem”.

Nasz więc to „oficer”, „wywiadowca”, a  „ich” to „szpieg”, „agent”. „Agent” – świadomy i dobrowolny (motywowany ideowo lub materialnie) współpracownik naszego „wywiadowcy”. Nasz oficer powinien oczywiście prowadzić całą „siatkę” swoich agentów. Agentem jest więc albo zwerbowany przez wywiadowcę tajny współpracownik z szeregów przeciwnika, albo też naturalizowany i zalegalizowany nasz, który udaje członka społeczności przeciwnika – taka pozycja to „nielegał”. Nasz uplasowany w służbie przeciwnika to „źródło”, ich znajdujący się w naszej służbie to „kret”. W służbach specjalnych zdrada nigdy nie jest ostateczna, gdyż zawsze zdrajcę można odwrócić i uczynić z niego podwójnego agenta.

„Kontrwywiad” działa na terytorium swojego kraju. Zwykle jego działania są reakcją na pojawiające się zagrożenia. Najlepsze kontrwywiady często wyprzedzają jednak działania przeciwnika i prowadzą z nim gry prowokacyjne i zaczepne. Kontrwywiad jednak, z natury, jest linią obrony tajemnic i ludzi, działającą już na terenie naszego kraju, skoncentrowaną na zabezpieczeniu naszych newralgicznych interesów i fachowców przed wpływami obcych wywiadów.

Przy konfrontacjach nowego typu nieustannie rośnie rola tzw. „źródeł wpływu” (tak je nazywamy, gdy są uplasowane u przeciwnika), kiedy jednak znajdują się one na naszym terytorium, to kwalifikujemy je jako „agentów wpływu”. Agenci wpływu zwykle lokowani są w mediach i ośrodkach rozsiewania opinii na terytorium przeciwnika, mogą nimi być także znani politycy, komentatorzy, naukowcy, biznesmeni, a nawet wojskowi odpowiadający za przekazywanie newralgicznych informacji. Czasem agenturę wpływu lokuje się w mediach, które sami budujemy od podstaw.

Po co o tym wszystkim tak obszernie przypominam? Chcę, abyśmy chwilę skupili się na przeanalizowaniu najnowszego „sukcesu” polskich służb specjalnych – na ujęciu dwóch „rosyjskich szpiegów”, o którym od kilku tygodni nieustannie bębnią polskie media.

Dziurawa gra
Co już wiemy? Oto nagle, po trwającym dwa miesiące rozpracowaniu, zostali aresztowani dwaj ludzie podejrzani o szpiegowanie na rzecz Rosji. Służba Kontrwywiadu Wojskowego i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymały szczecińskiego prawnika, który niedawno stał się polskim obywatelem, oraz pułkownika Wojska Polskiego, odpowiedzialnego w naszej armii za… sprawy kulturalno-oświatowe.

Jak to się nagle stało, że SKW, która niedawno podpisała umowę o współpracy z GRU, nagle łapie szpiegów tegoż GRU? Czyżby to była aż tak makiaweliczna i fachowa operacja? No, skoro tak, to dlaczego aresztowania w ogóle się odbyły? Przecież wiadomo, że największym sukcesem takiej operacji jest spenetrowanie wrogiej siatki, odwrócenie kilku jej uczestników i niezauważalne faszerowanie przeciwnika preparowanymi przez nas pseudoinformacjami. W taki sposób siatka działa w przekonaniu, że odnosi spore sukcesy, a w rzeczywistości to my – za jej pośrednictwem – sterujemy jej centralą, budując w niej nierzeczywisty obraz sytuacji u nas.

Jeśli tyle nie udało się osiągnąć, to gdzie jest ciche przewerbowanie członków rosyjskiej siatki? Gdyby to nastąpiło, to polskie media nigdy nie usłyszałyby o tym, że w ogóle prowadzono jakąś operację antyszpiegowską.

I tak to od rozważań na temat służb doszliśmy do tego, co zwykle…
do porażającego dziadostwa, jakim dziś staje się polska państwowość. Smutno.

Aresztowania są zwykle końcem operacji, ale nawet wtedy porządna służba kontrwywiadu rozpoczyna je od centralnych punktów siatki, a dopiero potem schodzi na jej peryferie.

Tymczasem u nas nagle temat wybucha w mediach – co samo w sobie jest już spektakularną porażką kontrwywiadu – i aresztowane zostają… płotki.

Wygląda więc na to, że nagle pojawiło się gardłowe zapotrzebowanie na sukces w „walce z rosyjską agenturą” i służby przeprowadziły teatralne zatrzymania, kogo tam się uda. Coraz więcej informacji, które do mnie docierają, świadczy o tym, że naszym służbom będzie bardzo trudno utrzymać te aresztowania przed sądem. Materiał dowodowy jest bowiem nader szczupły. Oby zatem nie doszło do takiej kompromitacji jak w przypadku słynnego już „sejmobombera” z Krakowa , Brunona K., który – jak się teraz okazuje – zorganizował „grupę przestępczą” składającą się z samych niemal agentów krakowskiej delegatury ABW.

Co jednak najbardziej znamienne w tej sprawie to jednak powściągliwość i niemal kompletne milczenie Moskwy wobec akcji polskiego kontrwywiadu. Nie ma rytualnych pogróżek, nikt nie wydala – w odwecie – polskich dyplomatów z Rosji. Bardzo to niepokojące, może bowiem świadczyć o tym, że polska akcja właściwie Moskwy nie obeszła, może nawet stanowiła część dalekosiężnej rosyjskiej gry? Najprawdopodobniej jednak nacisnęli Amerykanie i trzeba było natychmiast wykazać się znaczącym sukcesem w walce z wszechwładną w Polsce rosyjską agenturą.

W tym ostatnim wypadku narażamy się jednak na ogromną śmieszność jako niepoważne państwo, mające niepoważne służby, a tym samym kompletnie nieważne w światowej, ba nawet europejskiej grze interesów.

I tak to od rozważań na temat służb doszliśmy do tego, co zwykle… do porażającego dziadostwa, jakim dziś staje się polska państwowość. Smutno.

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.