Rząd jak... trąd

  • Posted on: 24 February 2015
  • By: Witold Gadowski
Kiedy się zastanawiam nad nowym rządem w Warszawie, to trudno znaleźć mi bardziej niewdzięczny przedmiot opisu. Niepokoi mnie jednak zdanie, które usłyszałem od bardzo przezornego znajomego – ten tak opisał mi sytuację: ten rząd jest tak karykaturalny i zły, że najwidoczniej nic od tego rządu nie zależy.

 

Gdyby coś od rządu zależało, to gabinet Ewy Kopacz wyleciałby na pierwszej minie.

Habemus Tuskam?
Uniesieni entuzjazmem – i łatwymi pieniędzmi – propagandziści natychmiast po powierzeniu Donaldowi Tuskowi dekoracyjnego (raczej) stanowiska przewodniczącego Rady Europy zachłysnęli się w zachwycie. Pojawiły się nawet stwierdzenia – i to w ustach ludzi uchodzących za publicystów – że wydarzenie owo możemy porównać jedynie do wyróżnienia Bolesława Chrobrego przez cesarza O ona III oraz do wyboru Karola Wojtyły na tron papieski. Już te stwierdzenia pokazują, jak bardzo odrywają się od rzeczywistości propagandziści warszawskiego salonu. Funkcja dla Tuska, w normalnej perspektywie, jest jedynie awansem działacza krańcowo zależnego od humorów pani kanclerz Angeli Merkel. To swoista nagroda za posłuszeństwo i rodzaj wysłania własnego lokaja na jeszcze jedno stanowisko w UE. Tylko tyle – sukces Tuska, który z nieukrywaną ulgą zrzucił z siebie funkcję premiera Polski. Okazało się, że funkcja premiera Polski była dla niego jedynie narzędziem do starania się o lepiej płatne i mniej odpowiedzialne synekury. Łatwość, z jaką Tusk zrzucił z siebie skórę premiera, pokazuje jego stosunek do polskich spraw i skalę jego patriotyzmu. Ostatnie siedem lat po prostu straciliśmy, mając u steru karierowicza i marionetkę Berlina.

Pomysł jak z horrorów klasy „B”
Najprymitywniejsze produkcje filmowe, takie choćby jak „Laleczka Chucky”, zawierają w sobie takie natężenie przemocy, kawałkowania ludzkich ciał i wylewanego keczupu, że w pewnym momencie zamiast strachu w widzach budzi się niepohamowana wesołość. Filmy klasy „B” są produkowane dla tych, których potrzeby kulturalne i intelektualne skurczone są do minimum, mają jednak tę cechę, że ryzyko ich tworzenia ponosi producent i w wypadku plajty to jego pieniądze ulatują kominem.

Inaczej ma się rzecz z produktem pod nazwą „Rząd klasy B”. Tu produkcja odbywa się za nasze, publiczne pieniądze, a ryzyko klęski ponoszą – niestety – widzowie, bowiem już od czasów Urbana wiadomo, że „rząd się sam wyżywi”. Tak więc po najgorszym rządzie Trzeciej RP, który sprawował władzę przez ostatnie siedem lat, przychodzi gabinet, którego nić wiążąca jest tej samej klasy co najgorsze produkcje filmowe. Cechą takich produkcji jest paradoks: ludzie śmieją się tam, gdzie ma być straszno, i ziewają tam, gdzie – wedle scenariuszowych zamysłów – następować ma kulminacja napięcia.

Rząd pani Ewy Kopacz sprawia wrażenie jakby tworzony był z ogromnym mozołem. I tak zapewne było, stworzony został bowiem rząd, który ma zadowolić nie nas, obywateli, wyborców, ale klikowe spółdzielnie działające w łonie coraz mocniej cuchnącej Platformy Obywatelskiej.

Mamy więc gabinet, który jako żywo przypomina prowincjonalny gabinet pediatryczny pani doktorki Ewy Kopacz, ale żadną miarą nie może być skojarzony z majestatem, honorem i odpowiedzialnością, jaka powinna cechować rząd Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Mamy też premiera o umysłowości prowincjonalnej, ciasnej i na dodatek mocno histerycznej oraz charyzmie równej Albinowi Siwakowi.

Gdyby coś zależało od nowego
-starego rządu, to gabinet Ewy Kopacz wyleciałby na pierwszej minie

Muppet Show
Opisując skład gabinetu Ewy Kopacz, mimowolnie czuję się jak członek słynnej „loży szyderców” z serii „Muppet Show” Jima Hensona. Nie potrafię jednak wykrzesać z siebie choćby odrobiny szacunku wobec kwalifikacji większości członków tej zbieraniny, która tylko z nazwy uzurpuje sobie prawo do bycia rządem RP. Przyjrzyjmy się zatem najbardziej charakterystycznym postaciom, które przez najbliższe miesiące będą udawać, że rozwiązują jakieś polskie problemy.

Oto tekę szefa resortu spraw wewnętrznych Ewa Kopacz powierzyła emerytowanej babinie, katechetce Teresie Piotrowskiej, której jedyną kwalifikacją jest fakt, że prywatnie jest dobrą koleżanką premierzycy Kopacz. Wyobraźcie sobie, że taka pańcia będzie teraz nadzorować policję i ogólnie wyznawać się w sprawach wewnętrznych kraju. Już po nominacji ktoś mądrzejszy od pani premierzycy doradził, aby jednak kompetencje wobec służb specjalnych odebrać pani katechetce i przekazać bezbarwnemu i niewyróżniającemu się niczym, ale jednak jeszcze nie emerytowanemu Jackowi Cichockiemu. Tym sposobem akcja polegająca na absolutnym wyswobodzeniu się służb specjalnych spod iluzorycznej już dziś cywilnej kontroli nieco się utrudniła.

Kolejny przebój kadrowy to mianowanie pana Cezarego Grabarczyka – lidera platformianej „spółdzielni” 
– ministrem sprawiedliwości. Grabarczyk ma takie pojęcie o sprawiedliwości jak pani katechetka o sprawach wewnętrznych. Na pewno jednak jest ekspertem od finezyjnego zaczesywania fryzury i brylowania przed sejmowymi lustrami.

Pomysłem z gatunku: ministrem może być nawet Incitatus, jest mianowanie Grzegorza Schetyny ministrem spraw zagranicznych. Nowy szef dyplomacji języków ponoć (tak twierdzi jego mama) uczył się od zagranicznych koszykarzy grających w zespole Śląska Wrocław, a manier i dyplomacji liznął pewnie w czasie słynnych wizyt w Moskwie, gdy wysłuchiwał skarg pana Wiaczesława Kantora na utrudnienia w przejmowaniu przez niego tarnowskich Azotów.

Rozumiem, że nominacja pana Schetyny
– entuzjastycznie wręcz komentowana przez rosyjskie media – znacząco przyspieszy akcję przejmowania grupy Polska Chemia przez rosyjski kapitał. Od dziś zatem polska dyplomacja będzie się kojarzyć ze szczerym uśmiechem pana Schetyny.

Ministrem sportu pozostał inny uczestnik łódzkiej „spółdzielni” – pan Andrzej Biernat, który na sporcie zna się znakomicie, ponieważ uczył pływania dzieci w klasach niższych i haratał w gałę z Donaldem Tuskiem, szkoda, że w tym wypadku nie sięgnięto po sprawdzonego już przecież „Mira” Drzewieckiego – byłoby to bardziej wprost i symboliczne przy okazji.

Ministrem pracy pozostał członek zeteselowskiego rodu z Krakowa, młodzian o nazwisku Władysław Kosiniak-Kamysz, o którym w Krakowie krąży anegdota, że pewnego razu wezwał go ojciec i powiedział mu, że właśnie będzie ministrem pracy.

– Ale ja nic nie umiem tato – żachnęło się młode, peeselowskie nasienie. 
– Właśnie dlatego będziesz ministrem jak twój tato – spokojnie skonstatował patriarcha rodu.
Wśród ministrów pozostali tacy intelektualiści jak minister rolnictwa Marek Sawicki, czy puławski minister skarbu Włodzimierz Karpiński.
Za to nowym ministrem cyfryzacji – kompletnie niepotrzebny nikomu resort, który został utworzony chyba tylko po to, aby Michał Boni miał coś do roboty, zanim dostał po twarzy od Krowina Mikke i zasiadł w fotelu europosła – został mianowany znany miłośnik tabletów Andrzej Halicki, o którym z całą pewnością można powiedzieć, że jest ekspertem w zakresie kynologii i inseminacji różnych psich ras.
Ministrem zdrowia pozostał pan „nic nie mogę, nic nie robię”, czyli Bartosz Arłukowicz, który już kilkukrotnie zapowiadał reformy i swoje odejście w wypadku ich niepowodzenia. Nie widać ani reform, ani dymisji wypromowanego przez program TVN „Agent” ministra. Teraz jego poprzedniczka w tym resorcie, kompromitująco niesprawna minister zdrowia, została premierzycą, więc o zdrowiu możemy zapomnieć.

Osobnym zjawiskiem w nowym rządzie jest pani Maria Wasiak z  Radomia, pod jej wodzą PKP Intercity straciła prawie połowę pasażerów. Nie przeszkodziło to jednak pobrać pani Wasiak odprawy w wysokości prawie pół miliona złotych. Teraz pani Maria Wasiak będzie sprawowała urząd ministry infrastruktury i rozwoju, jest więc następczynią osławionego Sławomira „Zegarek” Nowaka. 
Ministrą kultury pozostaje bezbarwna i pozbawiona koncepcji Małgorzata Omilanowska, której ta funkcja skapnęła po ucieczce – do Parlamentu Europejskiego – poprzedniego szefa resortu Bogdana Zdrojewskiego. Szefową edukacji pozostaje kompletnie nieudana i wiarołomna Małgorzata Kluzik-Rostkowska. W rządzie pozostają Siemoniak, Piechociński, Szczurek, Bobińska.
Sama nowa premierzyca zasługuje na kilka bardziej wnikliwych myśli. Od czasów komunistycznych nie było tak bezbarwnej, pozbawionej jakichkolwiek zdolności i zasług osoby, która stanęłaby na czele rządu. Nawet Hanna Suchocka miała za sobą więcej dokonań i koncepcji.
Jeśli nową premierzycę dałoby się porównać do jakiejś postaci z najnowszej historii, która byłaby równie bezbarwna i pozbawiona cech szczególnych, to na myśl przychodzi jedynie przysłowiowo pozbawiony charyzmy i błyskotliwości Edward Babiuch.

Kto naprawdę rządzi?
Skoro zbieranina nieudaczników, zwana obecnie rządem Ewy Kopacz, nie jest zdolna do realnego rządzenia, to zasadne pozostaje pytanie: kto naprawdę rządzi dziś Polską? Pytanie wzmacnia się, gdy zauważymy, że nic wielkiego się nie dzieje, gdy urząd premiera naraz porzucił Donald Tusk. Sprawy toczą się bez zmian, a więc wniosek z tego płynie prosty
– realnie naprawdę niewiele spraw było kontrolowanych przez Tuska, który swój tydzień pracy rozpoczynał po południu w poniedziałek, a kończył już w czwartek. W międzyczasie znajdował jeszcze czas, aby biegać za piłką. Jedno, czym naprawdę zajmował się Tusk, to personalne gierki i intrygi oraz osadzanie wiernych sobie ludzi na lukratywnych posadach, finansowanych z podatków obywateli. Jeśli zatem premier niezbyt poważnie traktował swoje obowiązki, to kto przygotowywał ustawy, kto podejmował decyzje mające wpływ na życie wszystkich obywateli Polski?

Odpowiedź jest prosta – lobbyści, ludzie osobiście zainteresowani w podejmowaniu, przez rząd i parlament, konkretnych decyzji. Słaby rząd i ubezwłasnowolniony przez PO i PSL parlament stały się wygodnym polem dla biznesowych gier.

Jeden z oficerów służb specjalnych opowiadał mi, z sardonicznym uśmiechem, że gdyby wykreślić dziś mapę przynależności poszczególnych polityków do rozmaitych lobbies, to wyszedłby bardzo poplątany graf, w którym przynależność partyjna polityków byłaby najbardziej drugorzędną kwestią. Podobnie rzecz miałaby się, gdybyśmy grupowali parlamentarzystów podług tego, czy bardziej związani są z Berlinem, czy też z Moskwą.

Do realnej władzy pretendują także kliki zatopione w naszych służbach specjalnych, które są – co prawda – zbyt słabe, aby zabezpieczać nasze państwo, ale posiadają wystarczająco sprawne struktury, aby skutecznie działać na rzecz rozmaitych interesów. Patrząc na nowy gabinet Ewy Kopacz, można ze smutkiem i niezbyt chyba odkrywczo stwierdzić, że „Polska nierządem stoi”.

Komentarze

Jak długo jeszcze?
Ile czasu upłynie, nim Polacy dokanają innego wyboru?
Ile jeszcze krzywd i łez? Ile bólu i cierpienia?
Czy naprawdę rodacy upatrują własnego sprawstwa w swoim nędznym losie?
Byliśmy w stanie uwolnić się, odzyskać niepodległość.
Byliśmy w stanie walczyć. Nie za taki kraj przelewano krew naszych przodków.
A teraz co? Zaślepienie? Bezhołowie totalne.
Żadnych zasad. Bez dekalogu, bez honoru, bez Boga.

Komentarz do artykułu:
Smutne to, ale prawdziwe.

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.