Szefuńcio

Zawsze jak tam wchodzę, to jestem zziębnięty, a wychodzę solidnie nakarmiony i rozgrzany. Jedyne takie miejsce w świecie. Choćbym wyjechał najdalej, to i tak – po pewnym czasie – zatęsknię za „knedlami ze śliwkami od Pani Stasi”. 

Solidna, opalana węglem, kilkufajerkowa kuchnia, na której pyrka rosół i różne inne polskie specjały. W moim życiu „Jadłodajnia u Pani Stasi” na Mikołajskiej w Krakowie, to już dobre kilkadziesiąt lat i nic tam się nie zmienia…

Jako młody student „spowiadałem” się samej Pani Stasi. „Spowiedź” jest zawsze przy wyjściu. Każdy klient opowiada co zjadł i jak mu smakowało, dopiero wtedy odbywa się rytuał płacenia. Nie ma takiej „sztuki mięsa w sosie chrzanowym”, takiego „mielonego”, takich pierogów nigdzie indziej.

W tym skromnym wnętrzu żywiło się już kilka pokoleń Krakowian. Kiedy Pani Stasi zeszło się z „łezpadołu”, jej królestwo objął Szefuńcio. Wtedy jedzenie na Mikołajskiej to już nie było tylko kojenie podniebienia i „żołądela” (rzecz autorstwa Szefuńcia), ale także szybka wymiana najświeższych wieści z miasta i fleszowe opinie dotyczące polityki światowej, krakowskiej i inszej. Szefuńcio był przenikliwy, ale i dobroduszny. Niejeden raz wypuszczał wygłodzonego studenta bez żadnej zapłaty, żądając od niego jedynie ciekawej opowieści. Bywali tu i „komuszki” i „lewuski” i „nasze”. Tak określał ich Szefuncio, przy czym nigdy i z nikim nie wszczynał sporów. Jadło się więc „u Stasi” łokieć w łokieć z posłem Urbańczykiem („dobry nieboszczyk” – Szefuńcio), czy nawet z Majchrowskim, na którego prychałem z lekka, ale panistasiowe zwyczaje nie dopuszczały „ścisji”, kożden mioł prawo do pokrzepienia żywota.

Z Szefuńciem przez lata wymienialiśmy się ploteczkami z miasta, ciągle dźwięczy mi w uszach jego: „saluto!”, którym częstował mnie na powitanie.

I nagle wchodzę „do Stasi” w wesoły, słoneczny dzień, a tu jakaś młoda dziewczyna stoi na jego posterunku, na oknie czarnobiałe zdjęcie Szefuńcia. Sztukamięs staje mi w gardle….

- Gdzież to Szefuńcio? – pytam z niepokojem w trzewiach.

- O już na sądach niebieskich – słyszę w odpowiedzi. Wypadek, trach i ….nie ma Szefuńcia. Jak to możliwe? wszak wydawał mi się wieczny jak Adaś na rynku! „Stasia” niby ta sama, tak samo przytulnie i domowo, ale bez Szefuńcia to już nie to. Zdziwiony złapałem się na tym, że nie wiem jak miał na imię. – Maciek – dowiedziałem się dyskretnie. 

Maciek – odpoczywaj kochany Szefuńciu, epoki się zmieniały, a Ty dzielnie trwałeś na swoim dobrotliwym posterunku. Pejzaż tworzą ludzie, a Kraków bez Ciebie posmutniał…

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
10 + 1 =
Solve this simple math problem and enter the result. E.g. for 1+3, enter 4.