O potrzebie zachowania oliwy do lamp

Można być zimnym na znaki, można nie przywiązywać wagi do ważnych wydarzeń, ale kiedy ich nagromadzenie staję się zbyt duże, to nawet wyalienowany cynik powinien przystanąć na moment i zastanowić się nad tym, co się dzieje.

Płonie katedra Notre Dame w Paryżu, świątynia która od dwunastego wieku opierała się zniszczeniom, wojnom i bombardowaniom, „papież emeryt” Benedykt XVI pisze niesłychanie ważny i doniosły tekst o kościele i jego wewnętrznych problemach, jest to jednak także minitraktat o stanie naszej wiary, o odległości od prawdziwych, zdrowych źródeł. 

Jednocześnie, na naszych oczach to, co dotychczas było uważane za dewiację, zgorszenie i grzech zostaje usankcjonowane oficjalnym prawem. To samo prawo nakazuje karać ludzi za mówienie prawdy:

 Młody uczestnik „Orszaku Trzech Królów” w Krakowie, członek Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego, student judaistyki, widząc ludzi manifestujących przeciwko „Orszakowi” i wyzywających katolików od świń unosi dłoń w górę i czyni znak krzyża, modli się na tych, którzy mu urągają. Kilka tygodni później policja wpada do jego mieszkania, przeszukuje je w poszukiwaniu dowodów jego przestępstwa. „Gazeta Wyborcza” napisała bowiem, że w czasie przemarszu katolickiego orszaku obecni byli faszyści, którzy czynili faszystowskie gesty. Chłopak zostaje postawiony przed obliczem krakowskiego prokuratora, który dobrodusznie radzi mu…aby wreszcie przyznał się do tego, że…jest faszystą.

Coś się dzieje, coś wisi w powietrzu, przynajmniej na Starym Kontynencie, ale przecież i w tym dalszym świecie nie jest spokojnie. Bliski Wschód kipi, wzmaga się starcie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Czyżby nadchodził czas wyraźnego przełomu, zmiany, po której nic nie będzie już takie samo jak przedtem?

Czy mamy powody do niepokoju? Czy powinniśmy bardziej wnikliwie śledzić wydarzenia i przygotowywać się na czas próby?

Zdaję sobie sprawę, że napisane powyżej zdania brzmią jak z żywcem wyjęte z broszury Świadków Jechowy, jednak nasz czas wyraźnie daje nam znaki. To nie jest tylko egzaltowane przewrażliwienie i emocjonalne oczekiwanie na niezwykłości.

Jeśli zatem przyjmiemy, że nasz czas obfituje w wydarzenia symboliczne, że codzienność – jeśli odcedzi się ją z egoizmu i rutyny – usiłuje nas zwrócić w stronę poważniejszych przemyśleń, to jak my, zwykli katolicy z początku XXI wieku, mamy się zachowywać, jak mamy się przygotować do tego co może nastąpić.

Nasze czasy dawno już odrzuciły znaczące wezwanie: „memento mori”, w naszych czasach śmierć stała się jedynie tworzywem dla filmów, tłem do nieustającego festiwalu życia w jego nieskrępowanych przejawach. W naszych czasach nie zwraca się uwagi na proroctwa, niewielu przywiązuje wagę do duchowych przygód i przeżyć, nasze czasy nauczyły nas odżegnywania się od poszukiwania głębszego sensu w wydarzeniach. Choćby na naszych oczach wydarzył się cud, to przecież my – racjonalni i wykształceni ludzie -  tego nie dostrzeżemy. Kiedyś usłyszałem, że to co niektórym wydaje się cudem, jest jedynie funkcją naszego niedouczenia, zabobonu, niepoznania realnych wyjaśnień.

Dziś choćby i młody mężczyzna uzdrowił na naszych oczach ciężko chorego, to i tak nie zwrócimy na niego baczniejszej uwagi. Zbyt gna nas pościg za spóźnionymi rachunkami, niedotrzymanymi terminami. Wiara w nadzwyczajność jest dla starszych pań, które mają zbyt wiele czasu i mało do zrobienia. My, zapracowani ludzie mamy zbyt wiele ważnych spraw do załatwienia, aby nabijać sobie głowę takimi sprawami. Może kiedyś, gdybyśmy mieli czas przystanąć, ale teraz….nie to byłoby z naszej strony nieodpowiedzialne. 

Ileż prawdy jest w stwierdzeniu, że koniec zaskoczy nas w pół ruchu, w nieoczekiwanej pozie, przerwie interesy w ich środku, pozbawi nas zasłużonego relaksu.

Popłoch lub politowanie, jakie widzę w oczach moich rozmówców, gdy pytam ich: co by uczynili, gdyby dziś było ostatnim dniem istnienia świata? dobitnie świadczy o tym, że nigdy nie będziemy dostatecznie przygotowani na koniec.

W naszym, polskim kościele jest nam swojsko, bezpiecznie, po co mielibyśmy sobie zapełniać umysły rozważaniami, które nie mają doraźnej wartości, nie prowadzą do natychmiastowego rozwiązania naszych codziennych problemów?

Wokół nas wzbiera burza, ale przecież u nas spokojne wiatry i co najwyżej jakiś strajk nauczycieli nieco psuje nam życiowe harmonogramy.

Czy samotny rybak może – swoim krzykiem – wstrzymać wzbierającą falę …pyta amerykańskie przysłowie i zaraz słyszymy wyjaśnienie: nie! chwila cierpliwości i pada zastanawiające dopełnienie myśli: ale jego krzyk może ostrzec dzieci sąsiada!

Nikt z nas nie jest samotnym rybakiem, nikt nie walczy z dramatycznymi żywiołami, ale przecież właśnie nasz czas staje się takim – nabierającym burzy – żywiołem. Trudno już nie dostrzegać na duchowym niebie ołowianych chmur zwiastujących ową burzę. Oczywiście takich burz było już w dziejach wiele, ale czy ta będzie taka sama jak inne, które przechowały się na kartach historycznych kronik? Kto nam da gwarancję, że potem będzie tak samo? Woda ocieknie i znów wyłoni się stały, przyjazny ląd?

Czasem wyobrażam sobie co mógł odczuwać Noe. Przecież miał jedynie nie do końca jednoznaczne znaki, mógł rezonować i machnąć na nie ręką. Aby zbudować arkę musiał bezgranicznie zawierzyć. Kiedy przyszła wielka woda mógł wypłynąć, ale gdyby tej wody nie było. Jak wyglądałby w oczach sobie współczesnych? Tak jest zawsze gdy wypada rzucić wszystko na jedna szalę, nie zostawić sobie żadnej drogi powrotu. Najgorsze jest to, że gdy spełnia się to w co uwierzyłem, nie mam żadnej pociechy – widzę śmierć świata, który znałem, nie jestem w stanie pomóc nikomu z tych, którzy – co prawda – mnie wyśmiewali, ale teraz giną na moich oczach.

Groźnie to zabrzmiało, ale czyż nie nadszedł już wielki czas, aby zastanowić się nad przyszłością naszej wspólnoty? To zastanowienie nie musi wcale mieć apokaliptycznych rozmiarów. Może jednak być – po prostu – poważne. Jeżeli rzeczywistość duchową potraktujemy równie realnie jak to co nas materialnie otacza, to przecież możemy wykazać także i w niej nieco zapobiegliwości. Potrafimy zapewnić sobie pewien zapas jedzenia, dobre ubrania, przewidzieć terminy zapłaty największych rachunków, czy równie dobrze potrafimy kierować naszą codziennością w sferze duchowej?

Jeżeli poważnie przestudiujemy największe dzieła ludzkości, kroniki różnych czasów, to dojdziemy do wniosku, że najpierw jest słowo. Ono pojawia się ze sfery wyobraźni, lub – jak ktoś zechce – ze sfery duchowego natchnienia. Potem pojawia się abstrakcyjny ciągle projekt wprowadzenia słowa w świat materialny i dopiero na końcu tego procesu powstaje rzecz, fakt, zdarzenie, organizacja, ruch.

Rzecz w tym jednak, ze tkwiąc w duchowym lenistwie, po prostu nie cyzelujemy odpowiednich narzędzi, które mogą nam się przydać na czas niespodziewanego kryzysu i usunięcia się ziemi spod stóp.

Wiem, wiem, wolimy nie rozmawiać o Bogu, gdyż taka rozmowa nie wydaje się praktyczna – dokładnie tak napisał – w swoim tekście – Benedykt XVI. W tym skromnym felietonie słowo „Bóg” także pada po raz pierwszy.

Mimo wszystko dobrze jest mieć nieco oliwy do lamp, przygotowane na nadchodzący czas. 

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
13 + 7 =
Solve this simple math problem and enter the result. E.g. for 1+3, enter 4.