Jeśli się poddamy…

Nadstawiajcie drugi policzek, wszak tak macie napisane w „Ewangelii” – tak brzmi stały postulat lewicowców, którzy w ten sposób starają się przygważdżać katolików w dyskusji. Nic to, że ich znajomość naszej teologii właściwie na tym się kończy, nic to, ze niewiele wiedzą o właściwym sposobie rozumienia naszych zasad, który nie jest możliwy bez magisterium Kościoła i bez rozumienia całego kontekstu, w jakim chociażby ta zasada została wygłoszona – oni wiedzą lepiej i już.

Jakie zatem konsekwencje może przynieść mechaniczne spełnianie ich postulatu? 

Po pierwsze (i najważniejsze) nie przyniesie to żadnych efektów dydaktycznych. Nadstawianie drugiego policzka komuś, kto absolutnie nie widzi niewłaściwości swojego postępowania, jest zajęciem tyleż nieskutecznym, co – w efekcie – demoralizującym. Liczy się skutek naszego postępowania, a nie jedynie jego literalne przedstawienie. 

Kiedy zatem nadstawienie drugiego policzka przynosi dobry skutek i jest czynem zalecanym? 

Jedynie wtedy, gdy kogoś zmienia, przynosi mu ożywczą refleksję nad własnym życiem i postępowaniem. Jeśli fakt nadstawienia drugiego policzka daje wzrost dobra w agresorze, budzi w nim głębokie – uzdrawiające – zastanowienie, to wtedy jest to czyn ewangelicznie zalecany. 

W innych przypadkach mamy do czynienia z głupotą lub zwyczajnym tchórzostwem. Jedno i drugie nie kwalifikuje się do kanonu postępowania świadomego i odważnego katolika.

Po co o tym piszę?

Często ktoś pyta: czy nie lepiej, miast nawoływać do walki i oporu przeciwko architekturze „nowego ładu społecznego”, po prostu nie walczyć, dać się rozbroić, przystać na to jak „nieuchronnie” zmienia się ludzki świat?

Wyobraźmy sobie zatem jak będzie wyglądało społeczeństwo, jeśli my – katolicy – pokornie uniesiemy ręce w górę, aby zademonstrować naszą pokojowość i łagodność.

Uwaga na marginesie: katolik nie może być pacyfistą. Pacyfizm bowiem, to ideologia, która absolutyzuje metodę. Stawia sobie za cel osiąganie pokoju za wszelką cenę, nawet za cenę przystania na nieludzkie przemiany.

Gdybyśmy uważali, że pacyfizm leży w naturze naszej duchowości, to wtedy mechanicznie nieomal musimy potępić chociażby powstańców z Wandei, którzy zbrojnie – choć bez najmniejszych szans na zwycięstwo – stanęli przeciwko totalitaryzmowi i antyreligijności rewolucji francuskiej.  Jeśli pacyfizmem potępimy Wandejczyków, tedy po raz drugi ich umęczymy. Przyznamy rację ich bestialskim oprawcom, którzy robili sobie abażury z ich skór, mordowali niemowlęta i ciężarne kobiety, aby tylko wytępić katolickie nasienie z francuskiej ziemi. 

Pacyfizm jest więc grzechem stawiania metody ponad wyznawane przez nas wartości.

Wracamy jednak do wizji świata, który powstanie, gdy my zaniechamy oporu.

Po pierwsze więc nieprawdą jest, że nowe porządki nie są podporządkowane żadnej doktrynie. Oczywiście są – jest to doktryna antykatolicyzmu głęboko czerpiąca swoje rozwiązania z mistycznych przesłań Kabały. Tworzenie „nowego społeczeństwa” musi podlegać zasadzie, że „świat jest jak źle zrośnięta noga i aby ją wyleczyć należy jeszcze raz ją złamać i złożyć ponownie – tym razem już poprawnie”. Rozumiejąc takie przesłanie zrozumiemy także dlaczego ideologom nowej szczęśliwości tak przeszkadza to co tradycyjne, związane z wierzeniami przodków, to co ponadludzkie, niezmienne i nieprzemijające. 

Tej ideologii dramatycznie zawadza koncepcja prawdy istniejącej obiektywnie, niewzruszonej i dającej się poznawać. Takie podejście do poznania jest dla rewolucjonistów, ideologów „otwartego społeczeństwa” śmiertelnie niebezpieczne, nieodmiennie bowiem pokazuje papierowość ich wizji, upraszczanie obrazu zdarzeń i dążenie do wpojenia wszystkim jednego tylko sposobu rozumienia sensu świata.

Wywracanie tradycji jest oczywiście także niszczeniem naturalnego środowiska człowieka – rodziny, pracy, nauki i wiary. Powoduje, że ludzie tracą wszelkie punkty oparcia. I właściwie… o to chodzi. Temu służy także koncepcja prawdy relatywnej, uwikłanej w konteksty. Taka „prawda” jest na tyle skomplikowana, a jej poznawanie wręcz niemożliwe, że chcąc utrzymać jaką tako stałość warunków swojego życia ludzie będą musieli zasięgać opinii i rad u swoistych wyroczni „nowego świata”. 

Ci właśnie „nauczyciele” staną się przewodnikami duchowymi i fizycznymi. O to właśnie chodzi, aby komisarze „nowego świata” – bez używania przemocy – stali się przewodnikami mas. Ludzie tracący tradycyjne punkty oparcia stają się swoistą mierzwą, uzależnioną od wiatrów wiejących w opanowanych przez nowych proroków środkach masowego przekazu.

Zniszczenie rodziny, to kierunek zupełnie naturalny. Już komuniści próbowali wyrywać dzieci ze środowiska rodzinnego i kształtować je za pomocą wpajanej im nachalnie ideologii, im się nie udało bowiem stosowali fizyczna siłę, a ta zawsze rodzi naturalny odruch oporu. 

Nowi komuniści – przystrojeni w europejskie garnitury – już nie popełniają błędów swoich poprzedników. Wiedzą, że przymusowe zabieranie dzieci z rodzin, to będzie dopiero następny etap ich rewolucji. Najpierw musza nas obezwładnić i ogłuszyć swoją, świetnie wyglądającą i przystrojoną w piórka najbardziej modnych idoli, ideologią. Ona nie jest już tak przaśna i odstręczająca jak jej poprzedniczka. Zasadza się na wpojeniu przekonania, że właściwie „wszystko wolno”, a każdy kto twierdzi inaczej powinien być wolności pozbawiony, bowiem nie ma przecież wolności dla wrogów wolności. Świat proponowany przez proroków nowej lewicy jest trudny i pozbawiony wyraźnych drogowskazów. Na tym właśnie polega jego siła…nie może być opanowany bez nowych przewodników, bez nauczycieli od wszystkiego. 

Ludzie wyrwani ze swoich środowisk, pozbawieni zdolności posługiwania się własnym zdrowym rozsądkiem, staną się bezwolnymi kukiełkami z rękach „tych co wiedzą lepiej”.

Nie będzie już pewności sądzenia o niczym. Płcie ludzkie ulegną rozmnożeniu, zachowania zboczone urosną do rangi najbardziej hołubionych manifestów. Nauka stanie się zlepkiem nie opartych na doświadczeniu sądów i mniemań.

Do czego to wszystko doprowadzi? Ano do tego, do czego doprowadziły degeneracje potężnych cywilizacji, które istniały już przed łacińską Europą.

Staniemy się bezwolni, pozbawieni władzy osądzania zdarzeń, zdani na kaprysy kapłanów nowej kultury i „nowego świata”. Będziemy nieustannie gwałceni przez własne oczy, ale także przez istniejącą w nas podświadomość. Prawomyślności – a właściwie bezmyślności – będzie w nas strzegła „policja nowego świata”, czyli zainfekowane nowymi miazmatami , nasze własne umysły. 

Znikną pojęcia brzydoty i zła, przestanie się mówić o jakichkolwiek przejawach duchowości, bo sama duchowość stanie się tylko skwapliwie zwalczanym przesądem z okresu, gdy ludzkość jeszcze nie uległa wyzwoleniu. 

To tylko kilka obrazków ze starannie zaplanowanego świata przyszłości. Nie piszę już o powszechnym wszczepianiu ludziom mikrochipów, które rzekomo będą chronić nasze zdrowie, a w rzeczywistości będą niejako on line informować „centralę” o każdym naszym ruchu i myśli, będą czytane przez czujniki policji, służb granicznych i każdej innej formacji strzegącej nowych porządków.

Jeżeli uważacie, że takie pomysły to jedynie zły sen, to zacznijcie baczniej przyglądać się temu co teraz właśnie podpełza do waszych stóp. 

Świat nie zniknie z dnia na dzień, będzie się kurczył, szarzał i ubierał coraz bardziej totalitarne maski przez całe długie lata. To w zasadzie już właśnie się dzieje.

Tym, którzy dziarsko pokrzykują, że na to nie pozwolą radzę aby wyraźnie porównali swoje środowiska dwadzieścia lat wcześniej i dziś…

I co? Zatrważające jak to jednak wszystko się zmieniło?

To idzie coraz szybciej, tylko nasz uparty opór, nasza kontrofensywa, może to jeszcze spowolnić, a kto wie, może nawet zatrzymać.

I – żeby była jasność – od „nowego świata” nikt nie ucieknie, nikt się nie wymknie z jego morderczo opiekuńczych ramion.

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
4 + 6 =
Solve this simple math problem and enter the result. E.g. for 1+3, enter 4.