Czołgi współczesnej polityki

Albo złudzenia o tym, że można wygrać bez kultury i mediów

Dzisiejsza polska opozycja – w większości czerpiąca inspiracje z postępowania neomarksistowskich kręgów Europy i USA – dąży do tego aby jednocześnie być arbitrem poglądów i nastrojów a jednocześnie monopolistą w ich powszechnym wytwarzaniu. Rolę egzekutorów tego „porządku” pełnią celebryci odgrywający rolę dziennikarzy, publicystów, artystów i naukowców. To jednak role…oni hodowani są po to, aby spełnić swoje ideologiczne zadanie. Pozostaje pytanie kto ich „hoduje” i czy władza nad mediami i kulturą jest dziś tym samym, czym, w czasach PRL, monopol medialny i władza nad wojskiem i policją.

Współczesny „kulturkampf”, albo władcy marionetek

„Kiedy słyszę słowo „kultura”, odbezpieczam mojego browninga”, tak napisał w swojej sztuce teatralnej nazistowski dramaturg Hanns Johst – niestety nie tylko on miał takie mniemanie o tej sferze życia człowieka. W czasach Trzeciej Rzeszy do powszechnego rozpowszechniania dopuszczano  jedynie takie „dzieła”, które potwierdzały państwową ideologię, podobnie było w Związku Sowieckim. 

Dziś – w epoce miękkiego totalitaryzmu mediów – totalitarna dłoń neomarksistów nie stała się mniej wymagająca. Zmieniły się jedynie akcenty i gwałtowność wydarzeń. Władza nad kulturą, zwłaszcza nad tzw „kulturą popularną”, stała się nieodzownym narzędziem do sprawowania realnej władzy i kontroli nad społeczeństwem.

Chciałoby się, aby w dzisiejszej Polsce trwała walka o rząd dusz, aby rywalizowały ze sobą rozmaite sposoby widzenia rzeczy, w sposób artystyczny wyrażane w kulturze. Niestety złowieszcze słowa Johsta zdają się nadal brzmieć w rozmaitych gabinetach prominentnych polityków.

Wszystko to dzieje się w momencie, gdy neomarksiści dawno już objęli w swoje władanie miejsca gdzie decyduje się o finansowaniu artystycznych działań i o ich ocenie. W świecie polskich celebrytów panuje wojskowy wręcz dryl. Narzucony naszej kulturze, niepisany kodeks zachowań nie przewiduje  braku subordynacji. Aktorzy, piosenkarze, znani dziennikarze, którzy chcieliby wyłamać się z powszechnego chóru muszą liczyć się z odsunięciem od mediów, ze strąceniem z „parnasu”. 

Wielu celebrytów zdaje sobie sprawę z własnej miałkości i dobrze wie, że zarówno dobrobyt jak i sławę zawdzięcza ukrytym mechanizmom promocyjnym. Pakiet nadzorczy nad tym mechanizmem nieodmiennie sprawuje środowisko neomarksistowskiej lewicy. Ci ludzie nie uczestniczą w doraźnej grze politycznej, im wystarczy fakt, że opanowali gremia jurorskie najważniejszych nagród oraz ośrodki tworzące opinię publiczną.

Nikt, kto nie bierze udziału w zbiorowych akcjach przeciwko „mowie nienawiści”, „odradzającemu się faszyzmowi”, nie może liczyć na role w wysokobudżetowych produkcjach filmowych lub też na prowadzenie popularnego programu rozrywkowego, czy publicystycznego.

Rząd PiS niewiele zrobił w dziedzinie poszerzenia swobody wypowiedzi artystycznych. W polskim teatrze, filmie, literaturze, sztukach plastycznych i rozrywce nadal panuje dyktat jednego tylko  środowiska. To środowisko może liczyć na potężne wsparcie z zagranicy.

Taka sytuacja sprawia, że polska kultura staje się wtórna i jałowa. W tej grze nie chodzi jednak o jakość dzieł. Tu liczy się subordynacja „twórców”.

Bezsilność czy brak programu? 

Dokonane w 2015 roku zmiany w ministerstwie kultury niewiele wniosły. Na pewno nie wyzwoliły twórców spod dyktatu środowiska „Gazety Wyborczej” i TVN. Minister kultury Piotr Gliński od początku sprawia wrażenie jakby obawiał się gniewu tego środowiska. Stara się więc nie naruszać jego interesów i dbać jedynie o kosmetyczne zmiany. Po początkowym oczekiwaniu neomarksistowskie „elity” wróciły na swoje pozycje i coraz bardziej agresywnie rozprawiają się z artystami, którzy nie schlebiają ich ideologicznym potrzebom. Każda zmiana w kierownictwie nadzorowanych przez ministra placówek spotyka się z agresją mainstreamowych mediów i atakiem na ludzi mających zaprowadzić choćby pozory równowagi w kulturze. Politycy PiS zdają się nie dostrzegać wagi tej sytuacji, skupiają się na politycznym odpieraniu ataków oraz opanowywaniu kierownictw spółek skarbu państwa. Nie zbudowano żadnego niezależnego, wobec lewicowego salonu, ośrodka przekazu informacji. Nie wykorzystano także szansy na budowę niezależnych i rzetelnych mediów publicznych. TVP – chorobliwie wręcz zaangażowana się w propagowanie osiągnięć rządu – nie wykreowała ani jednego niezależnego artysty, nie zbudowała jednego choćby popularnego programu realizowanego przez wysokiej klasy dziennikarzy, wreszcie nie nadała naszemu życiu kulturalnemu żadnego mocnego impulsu.

Czołgi albo medialna mizeria

Przed wyborami 2015 roku niepodległościowcy z nadzieją spoglądali na nowe inicjatywy medialne, wśród których najbardziej obiecującą wydawała się być telewizja „Republika”. Po trzech latach rządów „dobrej zmiany” widać, że rządzącym wystarczyło opanowanie mediów publicznych (zdają się przy tym zapominać o fakcie, że po każdych kolejnych wyborach media te przechodzą w ręce zwycięzców). Los telewizji „Republika” jest bardzo znamienny dla tej postawy. „Republika” finansowo ma się znacznie gorzej niż w czasach gdy była jedyną opozycyjną telewizją. Jest też lekceważona przez ludzi obozu władzy, którzy wolą wysiadywać w studiach TVP niż odwiedzać „Republikę”. Rząd nie zadbał o poszerzenie pola medialnej wolności, nie sprzyjał okrzepnięciu istniejących już inicjatyw i nie stworzył warunków dla powstania liczącej się prywatnej konkurencji wobec TVN, czy Polsatu. Również w polskiej radiofonii nie nastąpiły żadne liczące się zmiany. Jedyną pociechą pozostaje zatem rozwój niezależnych inicjatyw medialnych w internecie. Jednak i one – choć stanowią jedynie znikomy ułamek wpływów dominujących portali lewicowych i opanowanych przez niemiecki kapitał – nie znalazły żadnego znaczącego wsparcia ze strony władz. 

Co z repolonizacją?

Rząd PiS szumnie zapowiadał podjęcie polityki zmierzającej do repolonizacji polskiego rynku medialnego. Skończyło się na powołaniu do życia Rady Mediów Narodowych, której osiągnięcia i zadania wciąż toną we mgle tajemnicy. Polityczne deklaracje ucichły a na rynku medialnym nie dość, że dominuje niemiecki kapitał, to jeszcze coraz głośniej słychać o tym, że George Soros zamierza kupić sobie w Polsce jakąś telewizję lub radio.

Nikt nie kiwnął nawet palcem, aby wprowadzić na polskim rynku choćby takie przepisy medialne jakie obowiązują w Niemczech.

***

Nie mając poważnych mediów, nie zmieniając kultury i warunków jej funkcjonowania, nie angażując się w zabezpieczenie polskiego rynku przed obcą indoktrynacją, obecne władze trwają w przeświadczeniu, że bez tych działań można zapewnić sobie trwałą przewagę i przedłużyć rządy. Na dłuższą metę takie myślenie skazane jest na klęskę, a jej zwiastuny zaczynają być widoczne każdego dnia…choćby na ekranach telewizorów, tabletów, słychać je w radiowych głośnikach.

Rząd, który nie uwalnia kultury skazany jest na nieuchronną porażkę.

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
1 + 10 =
Solve this simple math problem and enter the result. E.g. for 1+3, enter 4.