Bajki salonwe - Być jak Janina

  • Posted on: 14 March 2015
  • By: Witold Gadowski

Wieczór zakończył się nieprzyzwoicie. Piłem rakiję na miodzie, przepijałem „Prośkiem” i znów piłem rakiję na miodzie. W pewnej chwili cos pstryknęło, zatrzepotało się wewnetrznie i uciszyło.

Licho jakieś przeleciało mi po plecach.

Światła zamgliły się magicznie i rozanielony poszedłem spać.

Rano...wszystko mi przeszkadzało. Światło kłuło w oczy, chleb zawadzał w ustach, a herbata bez smaku ściekała do żołądka. Szczerze mówiąc nie podobało mi się bardziej niż zwykle.

Niechętnie uruchomiłem radio. Nagle usłyszałem głos Jarosława Kaczyńskiego, poderwało mnie, uniesiony jakąś nienaturalną siłą, jednym ciosem „shuto” rozpłatałem odbiornik.

 Dosłownie ledwo zipiałem z powodu rozsadzającej mnie niechęci do „Kaczora”.

Natychmiast zatem usiadłem przy stole i nerwowym staccattem wypisałem poranny felieton, po raz pięćset siedemdziesiaty piąty przebijający jego byle jaka butonierkę osiną.

 Kiedy opuszek wskazującego palca tryumfalnie dobił „Kaczkę” ostatnim wykrzyknikiem, ze zdumieniem spostrzegłem, że mam kostyczne, chude palce uzbrojone w krwistoczerwone pazury.

Dziwne..- pomyślałemCzyżby wczoraj było, aż tak ostro? -

Byłem spóźniony i musiałem gdzies lecieć. Nogi poniosły mnie do redakcji „Polityki”.

Te nogi też wydały mi się jakieś zmienione – mniej krzywe, ale za to chudziutkie jakieś i obleczone w dziwaczne pończochoskarpetki, zakończone ...szpilkami.

- Ojj kolego, tak się bawić nie będziemy. Szlabanik na „wyskokówki” - zgromiłam się w myślach.

Siedząc już za wygodnym biureczkiem, w swoim zasiedzianym gabineciku, katem oka dojrzałem zdjęcie „Fidela”i ze zdziwieniem poczułemfalę czułości pełznącą z mych trzewi, gardłem ku głowie.

Cóż to za mężczyzna1 – westchnęłam.

Niepojęty, wspaniały, fascynujący – czule pieściłam się wrażeniami, których pewnie nie powstydziłby się brat Beto, na kolanach spijający słowa „Boskiego Macho z Sierra Nevada”.

W ogóle jakos tak landrynkowo zaczęlo mi się robić. Spoglądałam na migające w telewizorze twarze Donalda, Ryśia Kalisza, Januszka Palikocika...ojj jakżesz miło, jakżesz domowo, jakżesz u siebie. Pełna kultura i jaki pluralizm – mmmm maniamniuśnie – siorbnęłam sobie łyk kawki zalewajki z łyżeczką w szklance, oj przyzwyczajenia ze starych proletariackich – jakże męskich - czasów.

Jeszcze wczoraj pomstowałem, przy biesiadnym stole, na Moskali, polityków i Jacka Żakowskiego, a dziś z impetem wpiłam usta w męsko zarośnięty policzek Jacka. Nasz redakcyjny korytarz jest tak wąski, że mogłam powitać go rzewnymi ustami.

Mmm jakże ja uwielbiam tych naszych macho: Daniela, Ludwiczka, Jacka – roztkliwiłam się w biegu.

Ależ przyjemnie jest rozkoszować się pracą we własnym kraju, wielkim zadaniem nauczenia tego owsiano – buraczanego narodu jakiejś ogłady i kultury.

Po południu popędziłam do „Superstacji” na mój cykliczny show.

Po drodze z lekka odrazą omiotłam spojrzeniem Krakowskie Przedmieście. Tak bolesne myśli przychodziły mi do głowy, gdy mimowolnie wspominałam te żałosne gusła, jakie jeszcze niedawno oszołomstwo odprawiało przed Pałacem Prezydenckim. Pałacem naszego Bronka.

Pech chciał, że tuż przed siedzibą „Superstacji” wpadłam na Rafała Ziemkiewicza. Obrzydliwość – no mówię wam kochani, obrzydliwość! - jak można coś takiego wypuszczać na ulice. Na ulice, po których ja chodzę! Draństwo. I jak to się panoszy, oddycha tam gdzie i ja i do tego jakie wielkie...no istne paramount! Myślałam, ze zaraz dostanę globusa!!! Matko, ileż człowiek będzie musiał jeszcze znieść. Trzy razy splunęłam przez lewe ramię.

Na szczęście w studio spotkałam Rysia Kalisza, dziś mieliśmy pokazać pluralizm na wizji, nauczyć maluczkich na czym polega pluralizm i poziom...

Start! Na wizji rozległ się mój oryginalny, niepowtarzalny tembr głosu. Szklanki lekko zabrzęczały.

Panie Ryszardzie, pośle, czy jest jeszcze coś, czego nie wiedziałby pan o katastrofie z dziesiątego kwietnia?

Urocza Pani Redaktor, przecież my, ludzie na poziomie, wiemy już wszystko.

Jak to dobrze uraczyć widzów inteligentna rozmową, dać im możliwość obcowania z nieprzeciętnymi umysłami; Jak zwykle poszło mi doskonale. Moja pani z zieleniaka, to już prawie po stopach mnie całuje z zachwytu, nie mówiąc o Jadzi fryzjerce.

Po audycji musiałam się skupić, wieczorem miałam jeszcze podpisać list w obronie demokracji, wolności i prawa do miłości bez względu na przedmiot uczucia.

W weekend pojadę sobie do Krakowa, spotkam się z mecenasem Widackim i profesorem Krawczukiem, któremu z każdym rokiem przybywa klasy, choć jeszcze niedawno myślałam, że to niemożliwe mieścić w sobie już tyle klasy. Kawka, torcik, szpileczki i żadnych kontaktów z motłochem. Ohhhhh....

Po drodze poczytam sobie powieść Krzysia, męża Madzi Środy: „Projekt handlu kabardyjskimi końmi”, albo „Niejasna sytuacja na kontynencie”, bo wezmę obie.

…..niestety, gdy tylko zaczął zapadać zmrok, ze smutkiem zauważyłam, jak moje delikatne szpileczki przemieniają się w niekształtne, wojskowe buciory, a wypielęgnowane paluszki na powrót topornieją i przybierają kształt tępej, męsko – szowinistycznej pięści.

Smutno powlokłem się do domu, czułem na sobie żółtawo – pogardliwy blask latarni. Pozostały jedynie rozkoszne wspomnienia minionego dnia.

Może dziś znów zmieszam rakije z miodem i popije „Prośkiem”...

 

Wszystkie postaci występujące w opowiadaniu są fikcyjne

Komentarze

Matko Kochana! Ratunku! Rakija z miodem i Prošek natychmiast do komórki, na kłódkę! I na ich miejsce butelka ze Święconą. Bo jak się pod klucz nie schowa, to nie daj Boże, w nocy, jak dżin w trwałej ondulacji, złotym okularem pobłyskując, z butelki wyleci i straszyć będzie. A tu sam człowiek w domu. Strach! Matko Boska! Dobrze, że przynajmniej kropidło w szufladzie. Przy poduszce zostawię, żeby w razie czego widmo przez łeb palnąć! Do komórki w te pędy! Bo potem jak lufcikiem na krakowskie ulice wyleci, to będzie zbrodnia i grzech zaniechania w jednym. Warszawa może zdzierży, ale Kraków ani dudu! Nawet Anglików co zygzakiem na kawalerskim wystraszy. Strażak z Mariackiej znów będzie musiał dąć na alarm, żeby miasto ocalić. Matko Kochana! Od dzisiaj w Krakowie prohibicja na Rakiję z miodem i Prošek. Amen.

Znakomite, ciekawe....

Nowela ta jest znana jako portret psychopatologii i podwójnej osobowości. W kulturach anglojęzycznych fraza "Jekyll i Hyde" oznacza kogoś o dwulicowej osobowości.

Z taka zoncia jej byly maz Jerzy nie wytrzymal..Wyjechal do Odessy wzial dwie dziwki na chate i na dupie zmarl...Miak przynajmnie fajna smierc..po zasranym zywocie z janina.

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.