Bajki salonowe - Po drugiej stronie lustra

  • Posted on: 27 March 2015
  • By: Witold Gadowski

„Jeśli pada deszcz, to ludziom rosną włosy” napisał równym, starannym pismem. Dbał  szczególnie o to, aby wypustki liter były ostro zakończone. Gdzieś przeczytał, że znamionuje to ludzi nieprzeciętnych, obdarzonych mocnym charakterem.

- Prawda czy fałsz? - powiódł wystudiowanym spojrzeniem po sali.

Studenci mieli zdezorientowane miny. Lubił to.

- Fałsz, ale złożony z dwóch prawdziwych zdań. Nie będę wam mieszał w głowie logicznymi definicjami, ale sami widzicie, że zestawianie takich prawd wcale nie niesie ze sobą nowej prawdy. To jedno z narzędzi obrzydliwej propagandy. Tak czynią totalitarni politycy, oszołomy z Krakowskiego Przedmieścia i ich niezbyt utalentowani – tu zawiesił głos i zerknął na swoje odbicie w szybie szafy z książkami.

- ...słudzy mieniący się być dziennikarzami , publicystami...- badawczo spojrzał w twarz ślicznej blondynki siedzącej w pierwszym rzędzie. Malowało się na niej bezgraniczne uwielbienie.

- Wymierają – rzucił wesołym tonem. Po sali przetoczył się usłużny rechot.

Wykład dobiegł końca.

Musiał iść do redakcji, ale najpierw powinien wpaść do toalety i nieco się odświeżyć. Ukradkiem wyjął z kieszeni niewielki grzebyczek służący do przyczesywania wąsów.

Uniwersytecka toaleta nie należała do wykwintnych, ale miała jedną zaletę – nie było tam nikogo. Mógł więc ze spokojem wpatrzyć się w lustro.

Od czasu gdy spostrzegł, że z upływem lat staje się coraz bardziej atrakcyjny, kontemplowanie własnego oblicza sprawiało mu zmysłową przyjemność. Czasem zastanawiał się nad tym jak Stwórca musi być zadowolony widząc jego – Jacka – kwintesencję harmonijnego zespolenia piękna umysłu z przystojną powłoką.

No tak. Tego się właściwie spodziewał – wąsy z każdym dniem nadawały mu coraz bardziej szlachetnego rysu, wydobywały indywidualną, pełną ekspresji inteligencję i szlachetność. Nie musiał się oszukiwać, od dawna wiedział, że jest najlepszym polskim dziennikarzem.

Był wartością dodaną swoich własnych programów telewizyjnych, tekstów, książek, wywiadów. Kiedy jednak subtelnym gestem afirmacji przytulił nos do tafli lustra, poczuł jak ta lekko się rozstępuje – tak jakby miała konsystencję kisielu.

- Cóż u licha? - odskoczył zaskoczony

Wiedziony jednak ciekawością ponownie nacisnął lustro, dłonią. Ta, bez przeszkód, przeszła na drugą stronę. Wyszarpnął dłoń jak oparzony. Była jednak taka sama, nie poniosła szwanku.

- Cholera co to za sztuczka? - mruknął lekko rozbawiony. Lustro było duże, właściwie cały się w nim mieścił.

Naraz obleciał go strach. Miał ochotę uciec z tej dziwacznej toalety.

- Zaraz! - przez głowę przebiegła mu niebezpieczna myśl.

- A jeśli to ukryta kamera? Jak będzie wyglądał w oczach widzów. On mentor...ba senator dziennikarstwa? Pierwsze  hasło na literę „Ż”, w niewydanym jeszcze leksykonie światowych wybitności pióra i umysłu.

- Nie, nie, tak łatwo mnie gnojki nie złapiecie!

Wziął solidny rozpęd i natarł na kisielowate lustro. Ustąpiło bez oporu...

Naraz znalazł się na soczyście zielonej łące, wiodącej ku apetycznie wyglądającemu zagajnikowi. Nie zdążył jeszcze ochłonąć, gdy usłyszał za sobą dwa jednobrzmiące, chłopięce głosiki.

- I po co gadać takie rzeczy? Przecież wiadomo, że jak pada deszcz, to ludziom rosną włosy – dwaj kudłaci malcy otwarcie z niego kpili.

- Skąd ja ich już znam, zaraz, zaraz, podobni jak dwie krople wody, ale jeden z pieprzykiem – zastanowił się.

- Chodź zagramy w palanta – zachęcali.

- Już ja bym wam powiedział coś o grze w palanta – zagrzmiał, starając się aby jego wąsy przybrały groźny wygląd.

- Na pewno nigdy nie grałeś w palanta – pokpiwali.

- Ja nie grałem?! - podwinął rękawy.

- Zachowaj spokój, nie daj się sprowokować – posłyszał nagle za uchem.

Muszka drosophilia była wyjątkowo duża i miała oblicze znajomego posła.

- To dwa gnojki, bałaganią tu na łące. Płoszą komary i muszki – opowiadała.

- Lepiej udać się tam – wskazała zagajnik.

- Tam zaraz zaczyna się towarzyska herbatka. W najlepszym towarzystwie – bzyknęła zachęcająco.

- Hmmm... najlepszym? To rzeczywiście nie powinna mnie tam zabraknąć – pomyślał. Stół uginał się od pyszności. Ciasteczka, wiktuały i Królowa z dworem.

Szambelan właśnie wyciągał z imbryka podpitego susła.

- Wasza miłość wybaczy, zawsze, jak zbliża się deszcz, to ten huncwot podpija melasę.

- Trzeba będzie kupić parasole, bo potem majątek wydamy na fryzjera – mruknęła Królowa z ustami pełnymi lukru.

- O czym ona mówi? – zwrócił spojrzenie drosophilię i podkręcił wąsy.

- O deszczu.

- To jest coś czego ja jeszcze nie wiem o deszczu? – żachnął się.

- No tak, w czasie deszczu ludziom rosną włosy

Deszcz istotnie spadł na polanę, na której odbywała się uczta. Żal mu było opuszczać Królową, ale brednie o deszczu zaczynały go mierzić. Szybkim krokiem zbiegł na łąkę, zostawiając z tyłu usłużną drosophilię. Był już solidnie mokry, gdy na samym krańcu łąki przeskoczył przez kisielową kurtynę. Lustro spokojnie odbijało jego mądre, senatorskie oblicze. Tylko te wąsy....

Wąsy były sumiaste, długie... urośnięte. Spływały po nich ostatnie krople deszczu.

Panie Jacku, pan premier czeka i czeka....- usłyszał przerażony pisk swojego asystenta.

- I jeszcze ten zwierzęcy Dziki kamień, znów insynuuje mi jakimś Returnem, że też jakaś drosophilia nie zarazi go malarią...!

A co tam...

Do telewizyjnego studia wszedł rozpromieniony ...widokiem premiera.

Wąsik, ach ten wąsik – podgwizdywał sobie w myślach.

Cała redakcja „Polityki” zbiegła się przed telewizor.

 

Komentarze

że w temacie Jacka Ż
był Pan dobrze poinformowany :-)
to trzeba było odreagować
fakt

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
3 + 5 =
Solve this simple math problem and enter the result. E.g. for 1+3, enter 4.